wtorek, 25 września 2012

Co Wy na to?

Witajcie! Na kilka dni zniknęłam z blogosfery, zdjęła mnie choroba i dopiero teraz zaczynam być na chodzie. Czytałam też nieco mniej, stąd i niezbyt wiele materiału na recenzje. Kiełkuje mi poza tym w głowie, na skutek długich przemyśleń, koncepcja zakładająca całkowite przemeblowanie mojego kawałka internetu (a raczej na ten moment kilku jego części...), a jeżeli do tego dojdzie, ogromne zmiany obejmą również niedoczytanie
Abstrahując od tego, wpadł mi do głowy pewien pomysł (o którym zresztą napomknęłam już przy okazji ostatniego stosiku). Otóż postanowiłam rzucić sobie samej wyzwanie. 
Zadanie polega na przeczytaniu kilku książek, do których nigdy, przenigdy normalnie bym nie zajrzała. Powód nieczytania może być absolutnie dowolny, od oczywistego po najbardziej absurdalny. 
Na mojej liście jak do tej pory wylądowały następujące tytuły:
  1. S. Meyer, Zmierzch - zarzekałam się setki razy, że nie tknę. Przeczytałam dwie pierwsze części i czuję, że reszcie chyba nie podołam...
  2. N. Sparks, Pamiętnik - na romanse jestem wręcz uczulona. Nie czytałam jeszcze, ale autor często przewija się u Was pośród wielu superlatyw, mam nadzieję, że nie będzie bolało. 
  3. E. Tkaczyszyn-Dycki, cokolwiek z jego twórczości. Poezję lubię czytać i całkiem nieźle sobie z nią radzę, ale on... Próbowałam już raz i było to spotkanie tragiczne.  I przymusowe. Rozminęłam się z nim koncertowo, ale może jednak?
  4. A. Coelho, Alchemik - kiedyś próbowałam. I bardzo skutecznie wyparłam z pamięci. 
Życzcie mi powodzenia, a kto chce, niechaj dołącza!

wtorek, 18 września 2012

O tym, co się dzieje, gdy kupuje się kota w worku... ["Kocie worki" Joanny Chmielewskiej]

Tytuł: Kocie worki
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Kobra
Rok wydania: 2004

Pewnie już wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam Chmielewską, a Wszystko czerwone to mój książkowy hit wszech czasów. Kocie worki są luźną kontynuacją wydarzeń z tamtej powieści. 

Oczywiście wszystko dzieje się w duńskim domu Alicji. Joanna przyjeżdża do niej na kilka dni, w nadziei na spokojny urlop i kradzież paru roślinek z porządnie wybujałego ogrodu przyjaciółki. Szybko okazuje się, że ze spokoju nici - do Alicji zwala się tłum niespodziewanych gości, w dodatku w nocy jakiś intruz wypija pół butelki napoleona, spuszcza wodę z ryczącego rezerwuaru i najwyraźniej próbuje przekopać się przez liczne pudła, pudełka i sterty najdziwniejszych rzeczy, by dotrzeć do poupychanych tu i ówdzie przez Alicję kocich worków, czyli kolejowych zgub pochodzących z licytacji...

Kocie worki to coś zupełnie innego od części poprzedniej. Technicznie rzecz biorąc, jest to książka  słabsza, której zabrakło pazura w części kryminalnej. Większość akcji w sumie została raczej przegadana przy stole, niewiele wydarzeń możemy obserwować w trakcie ich faktycznego zaistnienia. Chmielewska utknęła też tu i ówdzie wątek romansowy, on też jednakże rzuca się w oczy niemal jedynie podczas dyskusji wszelakich. A tych dyskusji jest ogrom. Zamiast dynamicznej fabuły mnóstwo tu rozdrabniania się nad szczegółami, które z kryminałem nijak nie współgrają. Mało tego, zauważyłam pewne nostalgiczne powracanie przez autorkę do starych schematów, jak chociażby Marcinek z Harpii, który wraca tu jako Marianek (zmienia się tylko imię).

Jakkolwiek dom Alicji zawsze był zbieraniną rzeczy najprzedziwniejszych, tym razem panuje tam rejwach i zagracenie kosmiczne. Wszystkie skrupulatne wyliczenia narratorki Joanny wprawdzie doskonale oddają to, jak to wszystko wygląda, dodajmy - bawią bardzo porządnie, jednakże autorka stworzyła tak kuriozalne składowisko, że całość traci znamiona jakiegokolwiek prawdopodobieństwa. 

Muszę jednak przyznać, że mimo tych wszystkich niedociągnięć jest to jedna z moich ulubionych książek nie tylko Chmielewskiej, ale w ogóle. Uwielbiam Alicję i jej dom, mimo tego całego przerysowania. Po Kocie worki sięgam przynajmniej raz w roku, zawsze wtedy, kiedy mam potrzebę podniesienia się na duchu i poprawienia sobie humoru. Na jesienne chandry są w sam raz. I doskonale zwalczają niechęć do robienia porządków.

poniedziałek, 17 września 2012

Stosik szabrownika ;-)

Nie mogę wykluczyć, że zbieractwo książek odziedziczyłam po Babci ;-) Z okazji wizyty u Niej, dość dokładnie przetrzepałam półki (oczywiście za przyzwoleniem!). Zobaczcie, co udało mi się przygarnąć.


Od góry:
  • Helen Fielding - Dziennik Bridget Jones
  • Helen Fielding - W pogoni za rozumem
  • Manuela Gretkowska - Tarot paryski
  • Manuela Gretkowska - Polka
  • Jonathan Carroll - Poza ciszą
  • Jenn Crowell - Szaleństwo z konieczności
  • Katarzyna Grochola - Upoważnienie do szczęścia
  • Nicholas Sparks - Pamiętnik (tę jako jedyną muszę zwrócić ;-))
  • Erich Maria Remarque - Droga powrotna
  • Ken Follett - Igła
  • Arthur Conan Doyle - Przygody Sherlocka Holmesa (tak, tak! wydanie z 1956 roku :-))))
  • Magdalena Samozwaniec - Zalotnica niebieska
  • Philip Roth - Cień pisarza

Jak widać, stosisko bez żadnego klucza. Jak widać, całkiem sporo tutaj książek, do których na co dzień nie sięgam (Fielding, Sparks, Grochola,...). Skąd one tutaj, wyjaśnię w jednym z kolejnych wpisów... ;-)

A słoneczniki od mojego Lubego, cudny akcent na koniec lata i powitanie mojej ukochanej pory roku :-)
Wszystkiego dobrego w tym nowym tygodniu!

sobota, 15 września 2012

"Krwawa zemsta" - Joanna Chmielewska

Tytuł: Krwawa zemsta
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Klin
Rok wydania: 2012


Różne rzeczy się o najnowszych tytułach spod pióra Chmielewskiej czytało i słyszało. Że to już nie to, że coś się zepsuło, że taśmowa produkcja, że nuda, że masakra, że szkoda zachodu. A o samej Kręci... tfu, Krwawej zemście, że już w ogóle tragicznie, że ile można w jednej książce o tym samym, że i żarty monotonne a niewybredne. Oczywiście, wszystko równolegle do głosów uwielbienia wszelakich. 

Jest sobie zgodne, dziesięcioletnie małżeństwo. Ona zaradna, zorganizowana, bardzo kochająca męża, który żyje we własnym świecie i według własnych ideałów (no bo jak można pobierać pieniądze za swą natchnioną i genialną pracę? Toż to jałmużna!), co Majka oczywiście toleruje, rozumie i w ogóle, raczej Dominikowi generalnie pobłaża. Na dokładkę dwójka dobrze wytresowanych i inteligentnych dzieci. Żyć, nie umierać, choć, doprawdy, Dominik mógłby wreszcie zacząć zarabiać, bo Majce samej nie za łatwo. Wpędza go więc w rzecz dla niego abstrakcyjną, mianowicie zarządzanie domowym budżetem. 
W międzyczasie na horyzoncie, powiedzmy - zawodowym, pojawia się istota o nader rozwiniętych mięśniach w pewnej części ciała, z których to robi nieprzerwany użytek, wyczyniając sztuki iście cyrkowe i rujnując jedno małżeństwo po drugim. 
I choć wydawałoby się, że Dominik łasy na tego typu wdzięki nie był i nie jest, niespodziewanie Kręcidupcia, o, przepraszam - Emilka, upatruje sobie za cel jego i jego mieszkanie. A on, cóż... Majka postanawia ogłuchnąć i oślepnąć, by przeczekać pomroczność jasną w umyśle Dominika. Tymczasem dziwne rzeczy zaczynają się dziać wokół tyłków osób postronnych...

Zdecydowanie nie jest to książka typowa dla Chmielewskiej, przede wszystkim w moim odczuciu dlatego, że osobliwie jest główny wątek uporządkowany, niezabałaganiony i w ogóle klarowny wyjątkowo. Językowo oczywiście Chmielewska wyziera z każdego kąta, jednakże w postaci jedynie podstawowej, bez fajerwerków. Poza prologiem akcja właściwego kryminału rozgrywać się zaczyna gdzieś w połowie tomiszcza, całość jest wyjątkowo dla autorki niespieszna i niezbyt w sumie zaskakująca. Stąd też pewnie te wszystkie głosy krytyczne, bowiem słysząc nazwisko autorki, czytelnik obeznany i rozkochany w jej twórczości z pewnością będzie się spodziewał czegoś zupełnie innego. 
Kryminału w sumie też w tym niewiele. Coś tam się dzieje, ale są to raczej zdarzenia dziwaczne i niezbyt szkodliwe dla otoczenia, co również typowizną nie jest, wszak zwykle trup ściele się gęsto. 

Jeżeli chodzi o mnie - najlepiej niech świadczy fakt, że nie mogłam tej książki odłożyć i, mimo wszystkich powyższych, pokwikiwałam radośnie z uciechy przez większość czasu. Ubawiłam się serdecznie, a chyba nikt nie zaprzeczy, że pisać taki kawał książki o jednym rozkręconym tyłku to nie lada wyczyn. 

czwartek, 13 września 2012

"Dziewczyna o szklanych stopach" - Ali Shaw

Tytuł: Dziewczyna o szklanych stopach
Autor: Ali Shaw
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2009

Swego czasu było bardzo głośno o tej książce. Spotkałam się z wieloma głosami zachwytu nad wyobraźnią tego młodego brytyjskiego pisarza. O samej zaś Dziewczynie o szklanych stopach mówiono, że to powieść niezwykła, ekscentryczna i wspaniała. Było także kilka głosów pełnych nie tyle krytyki, co... rozczarowania. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym, widząc tę powieść na wyprzedaży w Matrasie, nie zabrała jej do domu. 
Ale czy te wszystkie achy i ochy są słuszne, czy może jednak moje oczekiwania były zbyt wysokie?

Cała ta historia dzieje się na zapomnianej przez świat wysepce. To dom Midasa, dziwaka i odludka, którego największą pasją jest fotografia i który zupełnie nie potrafi współistnieć z ludźmi. Którego dnia podczas swej wędrówki w poszukiwaniu doskonałego światła spotyka Idę, dziewczynę tak szarą i bladą, że aż monochromatyczną - w jego oczach jest doskonałym obiektem fotograficznym. Jednakże żadne zdjęcie, które jej robi, nie jest udane. Dziewczyna go intryguje. Ida ma chore stopy - nosi wiele warstw skarpet i olbrzymie buciory po ojcu policjancie. Kuleje, porusza się o lasce, jest blada i wymizerowana. 
Wkrótce Midas i Ida zbliżają się do siebie. Baaardzo powoli, bowiem Midas nie potrafi postępować z kobietami i ucieka w wyniku każdej próby zbliżenia. W grę wchodzą upiory z jego przeszłości, jego rodzice i ich chore w pewien sposób relacje. Ich więź kuleje niemal tak, jak dziewczyna. W międzyczasie odkrywa prawdziwy problem - jej stopy zamieniają się w szkło.

Przyznajcie - niezwykły pomysł z tym szkłem, prawda? Egzotyczny, nietypowy, właściwie wykorzystany stworzyłby powieść, która zapadałaby w pamięci na długo, która pobudzałaby każdą cząstkę wyobraźni czytelnika. 

Tu się niestety nie udało. Nie mówię, że ta książka jest do kitu - bo nie jest. Czytało się ją przyjemnie, szybko, bez oporów. Dałam się wciągnąć i łyknęłam ją ekspresowo. Tylko że oczekiwałam dużo, dużo więcej. 

Relacje między niemal wszystkimi bohaterami są ułomne, okaleczone w jakiś sposób, diabelnie kruche i wymagające. Każdy zmaga się z własną, prywatną katastrofą, na różnym gruncie. Nikt  chyba w tej powieści nie jest w stanie poczuć się szczęśliwy. Wspaniałą, mądrą postacią jest siedmioletnia córeczka przyjaciela Midasa - ale nawet ona naznaczona jest nieszczęściem. Sama wyspa, miejsce wydarzeń, też jest ułomna, przeklęta. Wszystko to robi duże wrażenie i skłania do myślenia. 

Wrażenie to zostaje zepsute właśnie przez główny wątek, wątek szklanych stóp i głębia całej powieści się spłyca. Muszę przyznać, że gdyby nie to, gdyby nie ten fantastyczny pomysł, książka podobałaby mi się o wiele bardziej, na zasadzie: albo fantastyczna historia dziewczyny zamieniającej się w szkło, albo "obyczajowa" opowieść o ludziach. Tutaj odnoszę wrażenie, że jest tego po prostu za dużo.

Niemniej zachęcam do czytania - lektura przyjemna, inna, ciekawa, mimo mojego marudzenia warta uwagi. Może zwyczajnie miałam zbyt wysokie wymagania?

niedziela, 9 września 2012

"Labirynt kłamstw" - Tess Gerritsen

Tytuł: Labirynt kłamstw
Autor: Tess Gerritsen
Wydawnictwo: MIRA
Rok wydania: 2011

Pamiętacie moją recenzję Ciała? Wtedy było to moje pierwsze spotkanie z panią Gerritsen,  jak widać - niezbyt udane. Może dlatego, że po wielu, wielu recenzjach spodziewałam się bomby. No, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni, postanowiłam dać jej drugą szansę. I co? W sumie to bomby znów specjalnie nie było, co nie zmienia faktu, że była to zdecydowanie lepsza książka. 
Ale po kolei. 

Labirynt kłamstw składa się z dwóch odrębnych, krótkich powieści. 

Pierwsza z nich nosi tytuł Telefon o północy. Do niczego niepodejrzewającej Sarah Fontaine dzwoni telefon. Ktoś z urzędu powiadamia ją, że jej mąż, z którym notabene była zaledwie dwa miesiące po ślubie, nie żyje. Ginie w pożarze hotelu w... Berlinie, choć według Sarah powinien znajdować się w Londynie. Budzi to podejrzenia kobiety, która nie chce uwierzyć w śmierć Geoffrey'a. Stawia się na wezwanie Nicka O'Hary, który informuje ją, że nie był to przypadkowy pożar. Mało tego - okazuje się, że pół roku temu Geoffrey Fontaine... nie istniał. Kim był człowiek, za którego wyszła Sarah? Czy kobieta była dla niego jedynie przykrywką? Kiedy po raz drugi dzwoni telefon, Sarah postanawia za wszelką cenę dotrzeć do prawdy. I odnaleźć swojego męża - bo gdzieś na pewno jest. Nick dołącza do jej poszukiwań - w efekcie wplątują się w aferę, w której stawką staje się życie Sarah. Należy pamiętać, że (oczywiście) trudne okoliczności życiowe zbliżają...

Druga powieść, Bez odwrotu, to historia Cathy Weaver. Kobieta jedzie do swojej ciężarnej przyjaciółki na Boże Narodzenie. Droga wiedzie przez las. Nagle z nocnego mroku wprost pod samochód Cathy wybiega mężczyzna. Przerażona Cathy pakuje rannego Victora do samochodu i odstawia do szpitala, po czym, zostawiając namiary na siebie, odjeżdża. Tam okazuje się, że mężczyzna ma ranę postrzałową i jest w wielkich tarapatach... Tymczasem przyjaciółka Cathy zostaje zamordowana, choć nikomu nie wadziła. Gdy w San Francisco, gdzie mieszka Weaver, dochodzi do zabójstwa kobiety, która nazywa się tak samo, dociera do niej, że to ona miała być celem. Ratując Victora wplątała się w gigantyczną aferę, w której główną rolę grają nielegalne badania za rządowe pieniądze.

Jak sama autorka przyznaje, obie historie to sensacyjne romansidła. Cóż, zawsze unikałam romansu jak ognia, jednakże perspektywa dobrego thrillera przeważyła. I nie rozczarowałam się - romans w obu powieściach jest, nie daje się jednak we znaki - Gerritsen udało się zachować pozory prawdopodobieństwa, nie rzuciła swych bohaterów z marszu w gwałtowny wir miłosnych uniesień, za co ogromny plus. Aczkolwiek nie byłabym sobą, gdybym trochę nie pomarudziła - kobiety z takich historii niemal zawsze są zbyt ufne, jak na zdrowy rozsądek. Choć pewnie się nie znam, a zakochanie robi swoje... ;-)

Sensacyjności i wartkiej akcji nie sposób odmówić tym powieściom. Czytelnik nie nudzi się, wręcz przeciwnie - książka wciąga bardzo porządnie, tak, jak należy tego oczekiwać od dobrego thrillera. Językowo brak z mojej strony jakichś specjalnych zastrzeżeń, wydanie również jest staranniejsze niż Ciała (dodajmy, że wydały je różne wydawnictwa). 

Labirynt kłamstw czyta się naprawdę świetnie - szybko i emocjonująco. Jasne, nie ma tu drugiego dna, jak w wielu thrillerach z najwyższej półki, jednak dla wielbicieli gatunku i Gerritsen Labirynt kłamstw to pozycja obowiązkowa.

piątek, 7 września 2012

Yrsa Sigurðardóttir - "Weź moją duszę"

Tytuł: Weź moją duszę
Autor: Yrsa Sigurðardóttir
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2008

Thora, prawniczka zajmująca się raczej błahymi sprawami w swojej maleńkiej kancelarii w Reykjaviku (no bo czy można nazwać poważnym spór o umiejscowienie w drzwiach wrzutni na listy?), dostaje zlecenie od dawnego klienta, Jonasa. Chce on wynegocjować od byłych właścicieli odszkodowanie za "ukrytą wadę" terenu, który kupił i na którym wybudował hotel New Age (!). 
Thora jedzie tam na weekend, by przyjrzeć się sprawie. Szybko okazuje się, że pracownicy hotelu, wyczuleni na zjawiska paranormalne, uważają, że to złe miejsce. W dodatku nocami rozlega się tam płacz dziecięcy, a we mgle pojawia się czasem postać dziewczynki. Thora w duchy nie wierzy, ale postanawia przeprowadzić małe śledztwo. 

Robi się groźnie, gdy na terenie hotelu zostają popełnione dwa brutalne morderstwa. Co dziwniejsze, obie ofiary mają wbite szpilki w podeszwy stóp... Wszystkie dowody wskazują na Jonasa, ale Thora postanawia za wszelką cenę dotrzeć do prawdy. Na wierzch wychodzą mroczne sekrety sprzed lat. I nie tylko. 

To moje podejście numer jeden do skandynawskiego kryminału w ogóle. Bardzo udane. To naprawdę nieźle skonstruowana powieść - w moim odczuciu składa się z tylu elementów, ile potrzeba dobrej historii kryminalnej. Autorka przeplata ze sobą dwa główne wątki na tyle umiejętnie, że czytelnik przepada między stronami na amen. Książka napisana jest i przetłumaczona sprawnie i zgrabnie, a nienachalne poczucie humoru dopełnia całość. 

Początkowo problematyczne było rozróżnienie niektórych postaci, przewija się tam ich mnóstwo i miewają bardzo podobne imiona. Musiałam więc na chwilę przerwać lekturę i przeanalizować sobie je dokładnie, by już później się nie gubić. Cóż, taki urok języka islandzkiego, którego swoją drogą chciałabym się kiedyś nauczyć ;-)

Wciągnęłam się niesamowicie. Choć to drugi tom serii o Thorze, zupełnie się tego nie odczuwa, powieść została skonstruowana tak, by nie przeszkadzało to w czytaniu bez kolejności. Niektórzy twierdzą, że jest to najsłabsza część tej serii - ale skoro tak, to tym bardziej chcę poznać resztę tomów. Yrsa Sigurðardóttir bardzo przypadła mi do gustu, zwłaszcza że ostatnie kryminały, które zdarzało mi się czytać, były dużo, dużo słabsze. Oczywiście, pewnie wielu sprawnym czytelnikom udałoby się rozwiązać tę zagadkę dość szybko, jednak ja zawsze staram się tego uniknąć. Zresztą, prułam przez tę książkę tak szybko, że pewnie nie zdążyłabym się nawet nad tym zastanowić. 

Fajny, ciekawy kryminał na jesienne wieczory. A ja lecę szukać innych książek pani Yrsy, która, swoją drogą, z zawodu jest... inżynierem budowlanym. Ot, samorodek ;-)

czwartek, 6 września 2012

"Sen Zielonych Powiek" - Edyta Szałek

Tytuł: Sen Zielonych Powiek
Autor: Edyta Szałek
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2007


Rzucić wszystko, zostawić rozpacz, zostawić wspomnienia, uciec i zacząć nowe życie. Życie bez pamięci o przeszłości. Spalić za sobą wszystkie możliwe mosty. Przybrać nową tożsamość we własnej głowie. Uciec. 

To właśnie robi Greta. Zostawia za sobą przesiąknięte rozpaczą łóżko, sąsiada z bloku B, nałogowego onanistę, i pielęgniarkę obciętą na jeża z powodu jednego z pacjentów, który gdy miała je dłuższe, złapał ją za nie i mało nie skręcił jej karku. Wychodząc ze szpitala z każdym krokiem zapomina o sobie. O swojej przeszłości. Prosi przyjaciółkę, by spakowała jej rzeczy i przywiozła od matki. Wsiada w pociąg donikąd, z upływem drogi staje się kimś innym. Nie wie nawet, gdzie wysiądzie. Byle zapomnieć. Zapomnieć zielonego, dmuchanego krokodyla i koc w niebieskie koty...

Dwa lata później Greta jest już kimś innym. Pracuje w biurze firmy odzieżowej, mieszka sama w pięknym, uporządkowanym do nieprzyzwoitości mieszkaniu, pozbawionym roślin. Bo przecież nie potrafi hodować kwiatów. Jej dzień wygląda niemal zawsze tak samo: rano kawa z sąsiedniej kawiarenki, praca, film wieczorem. Zaprzyjaźnia się, choć to może zbyt wielkie słowo, z koleżanką z pracy, charyzmatyczną, zdystansowaną Dominiką. W nocy ma koszmary z zielonym krokodylem. 
Któregoś dnia wychodzi na samotnego drinka. Dosiada się do niej Joachim. I od tamtej pory wszystko zaczyna się zmieniać. 

I nie, nie jest to historia miłosna. Greta jest samotniczką z wyboru. Pielęgnuje swoją niezależność i dystans jakby najcenniejszy skarb. Twierdzi, że ją lubi - otacza się skorupą i nie daje nikomu się przez nią przebić. Ta powieść to studium samotności i lęku przed bliskością. Bohaterka nie lubi samej siebie. Na siłę utrzymuje dystans, wewnętrzny chaos wyciszając nieskazitelnym porządkiem w otoczeniu i dbałością o ciało. Każdą próbę bliższego kontaktu torpeduje, odcina się ostro i kategorycznie. I jak na dłoni widać, że jest w głębi duszy cholernie, cholernie nieszczęśliwa. Greta jest postacią tak smutną, że cała jej historia wgniata w fotel. Im głębiej wsiąkałam w tę książkę - a przepadłam! - tym było mi smutniej, tak bardzo żal mi było Grety. 
A zakończenie było, z braku lepszego określenia... wstrząsające. 

Sen Zielonych Powiek to książkowy debiut Edyty Szałek i przyznaję bez bicia, bardzo udany. Powieść niezwykła, inna, oniryczna, napisana piękną, poetycką polszczyzną. Bardzo impresyjna, pełna różnorakich wrażeń - zwłaszcza zapachów. Jedna rzecz mi tylko zgrzytała - zbyt dużo wielokropków, na których nadużywanie mam lekką alergię. I zgrzytała tylko na początku, bo tak wsiąknęłam w świat Grety, tak przepadłam w tej książce, że bardzo szybko straciło to na znaczeniu. 
Piękna, niesamowita powieść.

niedziela, 2 września 2012

"Pokochała Toma Gordona" - Stephen King

Tytuł: Pokochała Toma Gordona
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2008

Należała się u mnie na półce ta książeczka. Zdobyta na jakiejś wyprzedaży zabłądziła gdzieś na regale, czekając, aż sobie o niej przypomnę. I nadszedł w końcu taki dzień, gdy zajrzałam do wyzwania Z półki - przypomniało mi się, że wciągnęłam ją na swoją listę. To króciutkie dziełko mistrza grozy, nie ma nawet 200 stron, łyknęłam je więc na raz. 

Dziewięcioletnia Trisha pochodzi z rozbitej rodziny. Rodzice rozwiedli się, a ona i brat zamieszkali z matką, która postanowiła dobrze zorganizować swym dzieciom weekendowe rozrywki, w efekcie zmuszając je do regularnych wycieczek poza miasto. I Trisha pewnie lubiłaby je, gdyby nie to, że absolutnie każda z nich wywoływała karczemne awantury między matką a Pete'm, który za wszelką cenę chciał wrócić do poprzedniego miejsca zamieszkania. 

Pewnej soboty, podczas jednej z wycieczek po lesie, Trisha za potrzebą odłącza się od rodziny. Niemal natychmiast odkrywa, że pochłonięci kłótnią Pete i matka nie zauważyli jej zniknięcia. Równie szybko dociera do niej, że nie umie trafić z powrotem na ścieżkę. Przerażona dziewczynka, wyposażona jedynie w płaszczyk przeciwdeszczowy, drugie śniadanie i czapeczkę z autografem Toma Gordona, ulubionego gracza Red Sox, musi stawić czoła leśnej głuszy i czyhającym w niej niebezpieczeństwom. Wędrując przez wiele dni i rozpaczliwie próbując przeżyć, nauczy się bardzo wiele o życiu i o sobie samej...

Trudno mi jednoznacznie ocenić tę powieść. Nie należy do najlepszych w dorobku Kinga, jednakże ma w sobie ten pierwiastek, który sprawia, że książka wciąga i sprawia przyjemność. Nie jest to typowy horror, można wyczuć, że jest to dziełko przeznaczone raczej dla młodszych czytelników - ponoć King pisał je dla swojego syna. To wyjaśniałoby wstawki na temat baseballu, na którym w sumie zbytnio się nie znam, ale nie raziły mnie tak jak niektórych czytelników (vide recenzje na LC). Poza tym trudno nie rozpoznać w tej książeczce tak charakterystycznej ręki mistrza. Jest Maine, jest Bóg i typowe dla Kinga zabiegi językowe
(o, takie właśnie)
które bardzo lubię.

Groza tej powieści zawiera się przede wszystkim w tym, co przeżywa Trisha. Pozostawiona sama sobie w dzikim, nietkniętym jeszcze ludzką stopą lesie, niemal umiera ze strachu. Początkowo jest zupełnie bezradna i zagubiona. Z czasem jednak przypominają jej się cenne wskazówki, które umożliwią jej przetrwanie. Dziewczynka przeżywa wewnętrzną metamorfozę, dojrzewa i usamodzielnia się podczas swojej wędrówki. Pomaga jej w tym wyobraźnia i ukochany Tom Gordon, który w pewnym momencie zaczyna jej w jakiś sposób towarzyszyć. Wszak świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce... 

Myślę, że wielbicielom Kinga powieść ta powinna się spodobać, choć nie ma zbyt wielkiej siły przebicia, trudno się tu czegoś naprawdę przestraszyć i, o zgrozo!, wydawca w zajawce na okładce zdradza zakończenie...
Kawałek niezłego czytadełka na jeden wieczór. 

sobota, 1 września 2012

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze

Tytuł: Listy na wyczerpanym papierze
Autor: Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, oprac. Magda Umer
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010

Kiedy pomiędzy dwójką poetów, między duszami wrażliwymi i twórczymi zaiskrzy, powstają perełki. Zaczynają krążyć słowa - listy, liściki, wiersze, wierszyki, na papierze listowym, pocztówkach, fotografiach. Idą w ruch telegramy, telefony, długopisy i maszyny do pisania. Uruchamia się magia miłości - tak pięknie ubranej w słowa, że nie można już bardziej. 

Listy na wyczerpanym papierze to zbiór takichże cudeniek, które zakwitły wiele lat temu między Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą. 

W tych piosenkach i w listach ich uczucie żyje do dziś. Jak inkluzje - zatopione owady w bursztynie. Rolę bursztynu odgrywa w tym przypadku papier. Nie tyle czerpany, ile wyczerpany tym, czego doznał. 
Nieszczęście i szczęście tych dwojga bardzo dotykało.
Wykończyli go wzajemnymi pretensjami, łzami i atramentem. 
- pisze w przedmowie Magda Umer. I rzeczywiście tak było - miłość ta nie przetrwała próby czasu, odległości i charakterów. Listy te są jednak jej owocem cennym, godnym ocalenia. Są nie tylko pięknym dziełem literackim. Dzięki nim możemy podejść bliżej, zajrzeć wgłąb dusz tych dwojga wspaniałych twórców. Spomiędzy wierszy wyłaniają się ich osobowości, tak bardzo ludzkie przecież charaktery. Odkryłam, że Agnieszka była taka jak ja w swoich wyborach i tęsknotach, taki lekkoduch biegający z wiatrem. Ich relacje były trudne - oboje zarzucali sobie wzajemnie egoizm i lekceważenie, zabawę, kochanie "na lipę". Bo przecież Agnieszka nigdy nie traktowała miłości poważnie, a przynajmniej - nigdy wcześniej. W ciągu swego burzliwego romansu w latach 1964-1966 rozstawali się kilkukrotnie.
Więc proszę Cię, trochę płacząc: Nie dzwoń już do mnie.
Już nigdy nie zobaczysz mych oczu za mgłą, odchodzę smutna, zła

Agnieszka
Sama Agnieszka zresztą przyznaje się do tego, że uwiodła żonatego Jeremiego "z przyzwyczajenia". Choć później angażuje się w ten związek mocniej, ostatecznie nie udało im się porozumieć. Szukali się przez te lata, lecz nigdy nie udało im się złapać jakiejś wspólnej fali. On wciąż pracował, ona podróżowała - mało które uczucie, nawet wielka miłość, jest w stanie przetrwać i rozwinąć się w takich warunkach. Jednakże próbowali - o, naprawdę przepięknie kochali się w tych listach.

Listy są cudowne w treści, a i wydane przepięknie. Mnóstwo tutaj barwnych fotografii, skanów listów, pocztówek, notatek. Jest na końcu zbiór piosenek, które powstały z ich miłości - z piękną Miłością w Portofino na czele, której wariacje zresztą przewijają się przez wiele listów. Do książki dołączona została też płyta audio, na której listy czytają Magda Umer i Piotr Machalica. Uczta, prawdziwa uczta dla oczu i uszu - piosenki są bowiem zaśpiewane (chociaż trochę denerwuje mnie sposób czytania pani Magdy, choć nie jest pozbawiony uroku). 

Kiedy tak przyglądam się tym listom i liścikom, często zanotowanym na świstkach, fotografiach, ogarnia mnie smutek, że ta forma komunikacji przechodzi do przeszłości. Sama kiedyś pisałam bardzo wiele listów, pamiętam to uczucie, gdy czekało się całymi dniami na odpowiedź, gdy razem z listem z koperty wypadał mały, zasuszony kwiatek albo listek. Wiem, że głoszę truizmy, ale dzisiaj, gdy w kontakty międzyludzkie wtargnęła technologia, straciliśmy wiele - wszak SMS czy mail dochodzą do adresata błyskawicznie, pozbawione zapachu, charakteru pisma i zagiętego różka kartki. To chyba dlatego zaczęłam bawić się w postcrossing - ale to jednak nie to samo... 

Na koniec pozostaje mi tylko jedno pytanie - czy to dobrze, że spadkobiercy tych dwojga zdecydowali się upublicznić te listy? Owszem, mają dużą wartość literacką. Ale jednocześnie wkraczamy w ich osobiste, intymne światy, tak prywatne, że czasem nie sposób nie poczuć się intruzem. Jeżeli macie odwagę wejść w tę ich osobistą przestrzeń - zapraszam Was do tych listów, bo są niezwykłe, magiczne i piękne.

piątek, 31 sierpnia 2012

Mały stosik z wyprzedaży

Czasem warto zahaczyć o supermarket i poszperać między półkami z książkami. Te cudeńka znalazłam ukryte między książkami w normalnych cenach, także zawsze warto się rozejrzeć dokładnie ;-) Za całość mniej niż 40 zł (bez kota). 


Od góry:
  • Tracy Chevalier - Płonął ogień twoich oczu...
  • John Sack - Śmierć anioła
  • Paul Auster - Podróże po skryptorium

czwartek, 30 sierpnia 2012

Jacek Hugo-Bader - "Dzienniki kołymskie"


Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2011
Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach...
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE - W ZŁOTYM SERCU ROSJI. 

Ktoś mógłby się zastanowić, czemu zaczynam od fragmentu wydrukowanego na okładce? Zna go każdy, kto choć miał tę książkę w ręku, słyszał jej zapowiedzi albo czytał recenzje. Nie bez powodu, bowiem słowa te najlepiej obrazują to, co Hugo-Bader zawarł w swoich reportażach z podróży po Kołymie. To opowieści o ludziach - mieszkańcach tych zimnych, nieprzystępnych regionów, małych miasteczek rozsianych w tajdze, gdzie tuż pod powierzchnią ziemi nawet w lecie czai się wieczna zmarzlina. Tamtejsi ludzie są jak ich kraina - twardzi i szorstcy. Każdy z nich nosi w sobie jakąś zwykłą-niezwykłą historię, którą autor spisuje dla czytelnika. 

Trakt Kołymski, albo inaczej Trasa, to 2025 kilometrów drogi budowanej przez tysiące zeków - więźniów stalinowskich obozów zagłady, drogi, która stała się ich grobem. Wiedzie przez dzikie, surowe wertepy od Magadanu do Jakucka. Ludzie żyjący tam naznaczeni są piekłem tamtych potwornych czasów, część z nich jeszcze je pamięta. Bo mieszkańców tam coraz mniej - młodzi uciekają na Zachód, w poszukiwaniu lepszego życia. 
Po Trakcie da się podróżować wyłącznie autostopem. To droga bardzo niebezpieczna - zwłaszcza, że nadchodzi zima. Na podwózkę można jednak liczyć - pełno jest paputczików, kierowców, którzy chętnie zabiorą ze sobą podróżnika. Niemal zawsze za darmo. A i często dadzą jeszcze coś od siebie. 
Kołyma to kraina złota - są tam ogromne złoża nie tylko tego cennego kruszcu, ale i innych. To tam odkryto największą na świecie żyłę srebra. Nie jest to łatwe zajęcie, a wielu poszukiwaczy odsyła swe rodziny na Zachód, bo tu żyć bardzo ciężko. 

Hugo-Bader spotyka w swojej podróży wiele niezwykłych postaci. Przez jego reportaże przewija się korowód błatników, a więc typów ze świata przestępczego, przedstawicieli prawa, dawnych zeków, miejscowych oligarchów, a także innych, tych, którzy "Wyspę Kołymę" wybrali na miejsce swojej samotni. 

Reportaże podzielone są na trzy części - Syndrom milczenia, Syndrom pola walki i Syndrom towarzysza podróży. Choć jeszcze na początku książki autor zarzeka się, że nie chce wracać do upiornych czasów stalinowskiego terroru - jest to niemożliwe. Opowieści wielu napotkanych ludzi nierozerwalnie wiążą się z wydarzeniami tamtych czasów. Przewija się gdzieś tam usprawiedliwienie, że historie te należy spisać, bo może być to ostatnia ku temu okazja. Wiele w tym racji. Wystarczy przyjrzeć się, z jaką siłą wracają wciąż do autora chociażby Opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa, które, po lekturze książki Hugo-Badera, stają się pozycją obowiązkową. 
Wład opowiada mi za krzaków, w które runął, idąc się wysikać. Że patrzę na Rosję ze swojego małego, kulawego, europejskiego taborecika i że jak Rosjanie potępią swoją przeszłość, to nic nie zostanie. Historia ich niełatwa. Łatwo obsikać sobie dwa palce – mówi filozoficznie Wład i znowu przewraca się w krzaki.
Jednakże nie tylko o tym opowiadają bohaterowie. Hugo-Bader sięga wgłąb rosyjskiej duszy, odnajdując tam Kołymę taką, jaką widzą jej mieszkańcy, która wyłania się często z oparów szczerości alkoholowej, ale też szczerości towarzysza podróży, obcego, którego nigdy więcej się nie spotka. Kołymę surową, brutalną, twardą jak wieczna zmarzlina, ale jednocześnie dom, jedyne możliwe dla nich miejsce w świecie. Zagłębiając się w lekturze, odnosimy wrażenie podróży w czasie - bowiem im dalej wgłąb tej nieprzystępnej krainy, tym wolniej czas tam płynie. Widać to nie tylko w zacofaniu wielu małych miasteczek, ale też w mentalności ludzi. Przede wszystkim w ich nieufności - sam Hugo-Bader wspomina kilkakrotnie, że nie ma dnia, w którym ktoś nie spytałby wprost, czy jest szpiegiem. 

Chciałabym jeszcze wiele powiedzieć o tym zbiorze reportaży-wrażeń, reportaży-gawęd. Zostawię Wam jednak przyjemność odkrywania wszystkich walorów tych tekstów - krótkich, treściwych i genialnych. 
Jak dobrze, że ktoś spisał wszystkie te historie. 

wtorek, 28 sierpnia 2012

"Desperacja" Stephena Kinga


Tytuł: Desperacja
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2010

Na początek znów muszę Was przeprosić za nieobecność. Przez ostatni miesiąc miałam na głowie tyle różnych spraw, że chwilowo moje czytelnictwo pogrążyło się w zawieszeniu. Postaram się wrócić do żywych i Was w końcu poodwiedzać, bo stęskniłam się za Waszymi recenzjami!

A teraz o Desperacji. Dorwałam egzemplarz kieszonkowy w Biedronce - kiedy zobaczyłam nazwisko na okładce, wcale się nie zastanawiałam. King zawsze był dla mnie mistrzem grozy, napięcia i atmosfery amerykańskiego "nigdzie". Robił wrażenie nieziemskie. Ostatni raz czytałam go bardzo dawno temu, tym chętniej rzuciłam się na to tomiszcze. 

Droga numer pięćdziesiąt, nazywana najmniej uczęszczaną drogą Ameryki. Wiedzie przez dzikie, upiorne pustkowia Nevady. Wzdłuż niej rozrzucone są malutkie, klaustrofobiczne miasteczka, a na pustyni dookoła czają się kojoty, skorpiony, ścierwniki i grzechotniki.  W promieniu wielu kilometrów nie ma co liczyć na choćby jedną życzliwą duszę. To tam właśnie upiorny gliniarz czyha na swoje ofiary... Zatrzymuje bogu ducha winnych nieszczęśników, którzy odważyli się ruszyć tą drogą, aresztuje pod byle pretekstem i zawozi do Desperacji - miasteczka sprawiającego wrażenie wymarłego (bo dlaczego nikogo nie ma na ulicach...?). Młode małżeństwo, rodzina z dwójką dzieci, starzejący się pisarz i miejscowy weterynarz muszą walczyć z czymś, czego nigdy wcześniej nie spotkali. Tylko czy ich desperacja wystarczy, by wydostać się z tego tak dobrze nazwanego miasteczka?

Cóż... Czegoś w tej powieści jest za dużo. Zbyt wiele kluczowych kwestii wyjaśnia się zgodnie z zasadą deus ex machina. Burzy się spójność, gmatwa sens i w gruncie rzeczy wiele do siebie tu nie pasuje. Bo czy powinno mieszać się Boga do klasycznego horroru? Zawsze, gdy natykałam się na coś takiego, zgrzyt był niemożebny. Co prawda tutaj to aż tak nie boli (choć jest rzeczywiście kluczowe), to i tak mi przeszkadza. Do tego muszę przyznać, że nie jest to poziom mistrza Kinga, do którego przywykłam. 

Poza tym arsenał środków jak najbardziej typowy dla Kinga i horroru w ogóle, dzięki czemu możemy ze spokojem Desperację nazwać klasyczną powieścią grozy, także charakterystyczną dla dorobku Kinga. Choć zdecydowanie nie umieściłabym tej książki w gronie jego najlepszych dzieł - myślałabym raczej o jakiejś niższej półce - to i tak dla miłośnika gatunku i mistrza będzie to bardzo dobra lektura. 

wtorek, 31 lipca 2012

Wilki bieszczadzkie Marii Nurowskiej - recenzja podwójna

Tytuł: Nakarmić wilki / Requiem dla wilka
Autor: Maria Nurowska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2010, 2011

Bieszczady to nie miejsce dla każdego. Wymagają wytrwałości, wewnętrznej siły i stalowych nerwów. Zwłaszcza, jeżeli się mieszka w drewnianej chatce na Harhajce i zamierza badać się życie wilków. 

Z takim właśnie celem wyjeżdża w Bieszczady Katarzyna, doktorantka SGGW. W surowych warunkach stacji badawczej, bez prądu i wody, poznaje Marcina i Olgierda. Choć początki nie są najlepsze, między tą trójką zawiązuje się trwała więź, a Katarzyna przeżywa przygodę swego życia, obserwując wilki w naturalnym środowisku. Zżywa się z wilczą rodziną tak silnie, że w jej obronie gotowa jest zrobić wszystko.

Dwa lata później na Harhajkę przyjeżdża Joanna, absolwentka filmówki. Dociera tam tropem znanego reżysera, Jerzego Glinickiego, swojego idola. Marzy o nakręceniu o nim dokumentu. Przypadkiem jednak natrafia na nowy temat - historię Katarzyny i jej wilków. Miejscowi nabierają wody w usta, a Olgierd od razu usiłuje wypędzić ją ze stacji badawczej. Jedynie Marcin jest bardziej otwarty. Stopniowo do Joanny dociera prawda o minionych wydarzeniach. Przy pomocy Glinickiego, który niespodziewanie angażuje się w jej projekt, powstaje scenariusz filmu dokumentalnego, który ma opowiedzieć o Katarzynie i jej wilkach. 

Czytałam te książki jedną po drugiej. Choć było to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Nurowskiej, od razu nasunęło mi się pytanie - czy ona już tak ma? To znaczy, czy zawsze na końcu jest tak smutno? Bohaterki Nurowskiej to kobiety silne i niezależne za wszelką cenę, samotne, zdolne do poświęceń. Fabuła zmusza je do silnych, głębokich przeżyć.

I długo męczyły mnie te powieści, wciąż o nich myślałam - bo Bieszczady, bo wilki, bo trudne charaktery... Autorka wspaniale odtworzyła na tych kartach bieszczadzkiego ducha i tamtejszą nieokiełznaną naturę. Udało się jej stworzyć dla czytelnika wrażenie  uczestnictwa w tym pięknym, lecz także dzikim i groźnym spektaklu przyrody. To powieści tak samo surowe, jak te góry. Promieniuje z nich ten sam ascetyczny urok. 

Wydaje mi się, że Nurowska to pisarka specyficzna, może nie dla każdej czytelniczki (wszak jest pisarką bardzo kobiecą). Jestem pewna, że jeszcze nieraz się z nią spotkam.


Recenzja w ramach projektu Rozmawiajmy.

czwartek, 26 lipca 2012

"Chata" – William P. Young

Tytuł: Chata
Autor: William P. Young
Wydawnictwo: Nowa Proza
Rok wydania: 2011


Nasz misternie budowany świat może runąć w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili. 

Kiedy w naszym życiu dzieje się jakaś katastrofa, zapewne większość z nas zachowuje się podobnie. Zamykamy się w sobie i wyrzekamy Bogu, dlaczego? Za co? Jaki w tym sens? Czy bóg istnieje, skoro pozwolił na coś takiego? Zaczyna się do Niego nawet pałać nienawiścią. 

A gdyby On sam stanął na twojej drodze, żeby w tej trudnej chwili wyjaśnić ci to i owo? Żeby dać ci wsparcie, zniszczyć poczucie winy i osamotnienia i wyprowadzić z błędu?

Mackenzie wiódł całkiem szczęśliwe życie. Miał cudowną żonę, Nan, i kilkoro wspaniałych dzieci. Stanowili zgraną rodzinę. Czego chcieć więcej? Można by pomyśleć, że osiągnęło się pełnię. Jakże łatwo wtedy zapomnieć, że szczęście jest ulotne. 

Wakacyjny wyjazd. Ojciec zabiera swoje dzieci na kemping nad jezioro. Pod sam koniec pobytu ma miejsce wypadek – dwoje starszych dzieci Macka ląduje pod wodą podczas wywrotki kajaka. Bohater naszej powieści natychmiast rzuca się im na ratunek i ocala im życie. Gdy wracają na brzeg, okazuje się, że nigdzie nie ma najmłodszego członka rodziny – kilkuletniej Missy. Mimo natychmiastowego wszczęcia poszukiwań, nie udaje się odnaleźć dziewczynki. Szybko wychodzi na jaw, co się stało – mała została porwana, wywieziona do starej chaty głęboko w lesie i brutalnie zamordowana. Na miejscu policja znajduje jedynie jej krew i to, co pozostało z jej sukienki.

Po tragedii życie Macka staje się pasmem bólu i gniewu. Druga jego córka, Katie, po wypadku zamyka się w sobie, obwiniając się o to, co się stało. Sytuacja rodziny zdaje się patowa – aż do dnia, w którym Mack znajduje w skrzynce na list z zaproszeniem od samego Boga, czyli Taty, jak nazywa Go Nan. Węsząc pułapkę, czy też ponury żart, Mack udaje się do chaty. Do miejsca zbrodni, której ofiarą padła jego córeczka. Sam nie wie, czego się spodziewać, jednak tego, co znajduje w chacie, nigdy by się nie spodziewał – nawet w najśmielszych wyobrażeniach. 

To przepiękna powieść. O rodzicielskiej miłości, akceptacji i umiejętności pogodzenia się z życiem i tym, co niesie los. A także o Bogu, relacjach z nim i tym, jak powinniśmy Go pojmować i rozumieć. Nie chcę pisać na ten temat zbyt wiele – chciałabym pozostawić odkrywanie tej cudownej, choć chwilami bolesnej powieści Wam. Jedno ze słów, które przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tej powieści, to katharsis.

wtorek, 17 lipca 2012

"Dożywocie" Marty Kisiel


Tytuł: Dożywocie
Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2010

Każdy stary budynek musi mieć swojego ducha, prawda? I w niemal każdym takim domu prędzej czy później pojawi się pisarz w stanie niemocy twórczej, poszukujący natchnienia na inspirującym odludziu. Co więcej, na pewno będzie po przejściach natury osobistej, a do domu trafi w wyniku testamentu jakiegoś zupełnie nieznanego krewnego, o którego istnieniu dowiedział się od notariusza. 

Banalnie. I oczywiste to takie, prawda?

A, guzik. 

Konrad może i przyjeżdża do Lichotki w wyżej wymienionym celu i z powyższych powodów. Cóż... i chyba na tym banał się kończy. Gotycka willa bowiem, sen szalonego stolarza, ma swoich dożywotnich lokatorów. Przy czym słowo "dożywotnich" jest nieco... nietrafne. Jak inaczej jednak określić mieszkańców budynku w liczbie: jednego smarkającego anioła stróża, jednego obciążonego grafomanią widma z epoki romantyzmu,  jednego Krakersa rodem z Lovercrafta, czterech bezczelnych i nadmiernie dbających o higienę utopców i różowiutkiego Rudolfa Valentino?

Ma się rozumieć - i przyzwyczaić się nie będzie łatwo, a i skupić na pracy też niekoniecznie. Do tego jeszcze miejscowi i przyjezdni również życia nie uczynią bardziej przyjaznym. 

Nieco naiwne powieścidło, można by powiedzieć. Także - przewidywalne, nieco oczywiste, a i akcja zbytnio się tu nie ma gdzie rozbujać. A jeżeli już - w jedynym słusznym kierunku. Jednakże to nie na tym ma polegać urok tej książki, o nie. Jej głównym atutem jest to, że przez cały czas spędzony przy niej kwiczałam ze śmiechu jak dzika. Pani Marta fantastycznie bawi się językiem! Nie przytoczę tu żadnego z kwiatków, ponieważ nie chcę odbierać Wam tej szalonej radości odkrywania, co też znajdziemy na kolejnej stronie. Ale to nie wszystko. Każdy, kto kiedykolwiek musiał brnąć przez meandry romantycznej poezji, będzie rechotać ze szczęścia, znajdując kolejne smakołyki z epoki, czasem mocno zakamuflowane pod pierzynką literackiej aluzji. 

To nie fabuła jest tu kluczowa. To język i barwne postaci zaludniające Lichotkę - stworzonka oryginalne, panoszące się po książce z rozmachem i humorem. Któż nie chciałby trzymać w kuchni fioletowego Krakersa? Albo kichającego co prawda, lecz niemożliwie uroczego, przesympatycznego, kochanego i jakże przecież przydatnego Licha?

Ja biorę całą bandę! ;-)

wtorek, 10 lipca 2012

Garstka wieści

Witajcie! Ostatnio tyle się dzieje, że zupełnie zaniedbałam to miejsce... Wakacyjny wyjazd za wyjazdem, do tego nieudane podejście do prawa jazdy... Za moment wylatuję do Manchesteru, a tam zupełnie nie będę miała jak pisać - wrócę za tydzień i postaram się nadrobić zaległości. Bo oczywiście na czytanie czas jest zawsze ;-)

Trzymajcie się ciepło i wakacyjnie!

środa, 27 czerwca 2012

"Zły wpływ" Campbella


Tytuł: Zły wpływ
Autor: Ramsey Campbell 
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011

Mnogość pozytywnych recenzji tej książki sprawiła, że poprosiłam Replikę o egzemplarz. Jednakże z każdą przewróconą stroną byłam coraz bardziej... zdziwiona. 

Umarła stara ciotka Queenie, osoba siejąca postrach we własnej rodzinie. Złośliwa, niemiła... Cóż, "niemiła" w jej przypadku to raczej eufemizm. W każdym razie wszyscy odetchnęli z ulgą. Poza Hermione, która - może przez traumę z dzieciństwa? - wciąż czuła, że coś nie gra.

Szybko okazuje się, że Queenie została pochowana z wisiorkiem, w którym ukryte były włosy Rowan, córeczki Alison, siostry Hermione. Niedługo w otoczeniu dziewczynki pojawia się nowa koleżanka - dziwna, tajemnicza, staromodna Vicky, która niezwykle przypomina starą Queenie i która zaczyna manipulować Rowan. Zajęci problemami z domem i pracą rodzice nie zauważają, co się dzieje. Hermione tymczasem próbuje wziąć sprawy w swoje ręce, co kończy się... źle. 

Po pierwsze - okładka jest po prostu nieciekawa. Tytułu prawie nie widać, a umieszczenie obok siebie kilku elementów fabuły według mnie się nie sprawdza. Po drugie - niestety, korekta poległa przy tej książce. Nie ma błędów poważnych, jest za to mnóstwo drobnych kwiatków, które mnie osobiście przyprawiają o ból głowy. 

Kolejna rzecz - moim zdaniem fabuła jest niespójna. Przemykają się gdzieś wątki, które urywają się, nie wyjaśnione dostatecznie (uwaga, spojler - jak chociażby ten nieszczęsny wisiorek). Za dużo postaci, za mało charakterów i nieuzasadniony chaos potęgują jeszcze wrażenie ogólnej niechlujności tej powieści. 

I, choć z bólem serca, muszę jeszcze wspomnieć o tym, ile jest horroru w horrorze. Ponoć miało być to klasyczne ghost story (tak twierdzi autor), jednakże we mnie rzeczy, które miały przerażać, wywoływały co najwyżej uśmieszek. Cóż - nie jest to powieść nowa, wydana te 20 lat temu na pewno miałaby lepszy odbiór. Klimat prawie jak z wczesnego Kinga, niestety - prawie. Horroru w tym horrorze nie ma, czuję się więc rozczarowana. 

Byłabym niesprawiedliwa, mówiąc tylko o wadach tej książki. Czyta się dobrze, szybko i całkiem solidnie wciąga, co według mnie jest wystarczającym powodem, by ją przeczytać. W sumie to nie mam poczucia zmarnowanego czasu po lekturze. Ale nie spodziewajcie się fajerwerków. Ot, czytadło. 

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Replika.



PS. Obroniłam się na piątkę i jestem licencjonowaną polonistką ;-) Czas na zasłużone wakacje - do poczytania w przyszłym tygodniu!

piątek, 22 czerwca 2012

Orson Scott Card - "Gra Endera"


Tytuł: Gra Endera
Autor: Orson Scott Card 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2005

Też tak czasem macie, że kiedy usłyszycie gdzieś coś o jakiejś książce zupełnie nie z Waszej dziedziny, to potem chodzi Wam ona po głowie do skutku?

Przecież ja w życiu nie czytałam sci-fi. No, może ze dwie książki w podstawówce. I Nowy wspaniały świat Huxleya. Ale poza tym nic, zupełnie, nie oglądałam nawet Star Treka. Jakoś mi się tak pod kopułką zakodowało, że to nie dla mnie, że nie lubię, że coś tam. 

Po długim tupaniu tytułu pod czaszką wypożyczyłam Grę Endera w sumie dla narzeczonego. Bo ponoć jedna z najważniejszych sci-fi, bo dobra, bo ach i och (nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, gdzie i skąd taka u mnie wiedza). I tak sobie leżał, i kwitnął... aż napisałam licencjat. Jechaliśmy pociągiem do rodziców, Luby przeczytał i zostawił mi książkę w plecaku, a ja wieczorem otworzyłam tak, ot. I wsiąkłam. Na amen. 

Ender to Trzeci, a więc niepożądany w czasach przeludnienia. Zgnębiony przez starszego brata Petera, mały chłopiec, syn Chłopca z Polski, mający za jedyne wsparcie siostrę Valentine. Do domu przychodzą dziwni ludzie, przeprowadzają na rodzeństwie testy, które mają wyłonić kandydata na genialnego stratega wojskowego, który ma zapobiec katastrofie w postaci inwazji robali. Osiągają podobne wyniki, jednakże to Ender ma umysł i osobowość nadające się do dalszego szkolenia. Trafia do Szkoły Bojowej, daleko, poza Ziemią, by nauczyć się, jak dowodzić armią. Służą do tego treningi w nieważkości i niezwykłe gry komputerowe. Zaczyna się nierówna walka z czasem, w której Ender może sobie poradzić i ukończyć szkolenie, albo załamać się pod zbyt wielkim ciężarem. W końcu to jeszcze mały chłopiec... 

Ale przecież bywają i dorosłe dzieci. 

Kreacja Endera jest niesamowita. To niezwykła gra psychologiczna pomiędzy nim a systemem, przeprowadzona subtelnie i ze smakiem, porażająca czasem swą bezwzględnością. Technologia służy tu fabule, nie odwrotnie, co jest dla mnie dużym plusem. Choć jest to świat z przyszłości nieokreślenie dalekiej, przewija się tu Rosja, USA, Układ Warszawski... lecz w zupełnie innym kształcie niż znamy z historii. Chociaż ta pierwsza zachowała stereotypowy charakter swej polityki... 
To wszechświat, w którym nie chcielibyśmy się znaleźć, o nie. A jednak jest w nim coś magnetycznego, coś, co nie pozwala z czystym sumieniem odłożyć książki przed skończeniem lektury. Nie wątpię w geniusz autora - na celowniku mam następne jego książki (również o Enderze). Sądzę jednak, że tłumaczenie Cholewy ma na to wrażenie jakiś wpływ. W końcu co dwie głowy, to nie jedna. 

Krótko mówiąc - podstawowa podstawa gatunku sci-fi moim skromnym zdaniem, trzeba przeczytać i nie ma przebacz, bo książka jest genialna. 

niedziela, 17 czerwca 2012

"Sługa Boży" Jacka Piekary

Tytuł: Sługa Boży
Autor: Jacek Piekara
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2010 (to wydanie)

Z Jackiem Piekarą miałam już kilkukrotnie do czynienia. Pierwszy raz, przy okazji lektury Przenajświętszej Rzeczpospolitej, był nieco... przerażający. Było to jakieś trzy lata temu, a do tej pory czuję dreszcz na jej wspomnienie. "Nawrócenie" na Piekarę zafundowała mi koleżanka, podsuwając opowieści o Arivaldzie z Wybrzeża (swoją drogą, cóż za skromne recenzje wtedy pisywałam! może lepiej byłoby zepchnąć je gdzieś w mrok niepamięci?). A od nich do Mordimera Madderina był już tylko mały krok.

To pierwszy tom opowiadający o losach inkwizytora. Spotykamy się z naszym uniżonym sługą w świecie, w którym Chrystus zszedł z krzyża z mieczem w ręku, by siać postrach wśród pogan i heretyków, w którym spotkanie z własnym Aniołem Stróżem raczej nie wróży dobrze, a tropieniem licznych odstępstw od czci i wiary zajmuje się potężna Inkwizycja. Tortury (których szczegółowych opisów oczywiście tu nie brak) to standardowa metoda przesłuchania, narażenie się inkwizytorowi jest podpisaniem na siebie wyroku. Nie stroni się tu od dziwek, rynsztoku i pluskiew, o higienie osobistej raczej mało kto w Hez-Hezronie słyszał, a czarna magia, satanistyczne obrzędy i drobne nadprzyrodzone zdolności to fakt.

Inkwizytor to ktoś, kogo nie chce spotkać się na swej drodze. Obdarzony mrożącymi krew w żyłach umiejętnościami, wyszkolony w walce, rozpoznawaniu fałszu i wielu innych przydatnych mu dziedzinach, jest postrachem zarówno heretyków, jak i zwyczajnych oszustów. Jak przecież wiadomo, ubóstwo jest piękną cnotą, szalenie zresztą pielęgnowaną przez przełożonego biskupa, a dziwki i wino kosztują. Dla kilkuset koron warto czasem zaryzykować głowę i licencję...

W sumie to początkowo miałam mieszane uczucia. Postać Mordimera zdała mi się przekombinowana, całość zbyt wulgarna i obrazoburcza (ach, te wyczulone na praworządność zmysły). A jednak wciągnęłam się bez reszty i chcę jeszcze. Piekara rysuje świat chwilami porażająco namacalny (te lochy, rynsztoki i smród Kostucha!), choć zawieszony w próżni. Postacie są zarysowane ciekawie, z charakterem - nie jest tak, że jest Madderin i zgraja kartonowych sylwetek. Dodajmy do tego, że Piekara jest świetnym ironistą - może nie wytrawnym, czasem popełniającym niesubtelności, lecz mimo to naprawdę dobrym - co daje się odczuć w wielu słowach naszego uniżonego sługi o pracy inkwizytora. 
Wszak cel uświęca środki, czyż nie?

Całość tworzy mieszankę niekoniecznie smakowitą, lecz na pewno interesującą dla odpornego na okropności czytelnika. Dla nieodpornego w sumie też - bo taki też przeczyta tę książkę, krzywiąc się i czując wypieki na policzkach, i nie mogąc się od niej oderwać aż do ostatniej strony.
Ja chcę więcej, a Wy?

piątek, 15 czerwca 2012

Come back! ;-)

Witajcie, moi drodzy! Po wielu długich tygodniach cierpień nad pracą dyplomową i zaliczeniami wreszcie nadszedł upragniony moment spokoju. Chociaż została mi jeszcze obrona, mogę powiedzieć, że mam już wakacje. Diabelnie się cieszę, że wreszcie mogę wrócić do czytania dla przyjemności i do pisania o książkach. A także do Was, do Waszych blogów, recenzji i rozdawajek ;-)

fot. moje i mojego kakao ;-)
Przez te trzy miesiące niemal nie pojawiałam się tu, ale czytałam. Choć były to głównie książki na zajęcia, to z racji tego, że był to już zakres literatury XX-wiecznej i najnowszej - nie nudziłam się. Przeczytałam 27 pozycji, z czego duża część była naprawdę, naprawdę interesująca, aż żałuję, że nie miałam czasu o nich pisać. Chyba powinnam zacząć robić notatki ze swoich lektur... Myślę, że w ciągu najbliższych trzech dni pojawi się nowa recenzja. Muszę to wszystko na spokojnie ogarnąć. 

Nic mi nowego nie przybyło na półkach, najbliższy czas rysuje się pod znakiem pielgrzymek do biblioteki. Wiecie, prawo jazdy kosztuje. No, ale 7 lipca mam egzamin i może pompowanie ciężkich pieniędzy w ten kawałek plastiku się skończy. 

Poza tym to miałam na swoim piętrze kamienicy kryminalnych na żywo (ktoś po sąsiedzku zdaje się, że uprawiał ogródek) i próbuję się nauczyć gotować (co łatwe nie jest w tym czymś w moim mieszkanku, co ja nazywam kuchnią). A tak poza tym to wszystko po staremu, dalej bezrobotna i dalej zdominowana przez kota ;-)

Witajcie więc z powrotem!

poniedziałek, 14 maja 2012

30 Day Book Challenge - dokończenie i ogłoszenie

#21 - Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałaś - książek takich nie było, ale był film. Zmierzch. Tylko nie mówcie mojemu narzeczonemu ;-)
#22 - Ulubiona seria wydawnicza - tutaj silna konkurencja: Jeżycjada i Świat Dysku.
#23 - Ulubiony romans - nie czytam romansów.
#24 - Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem - kiedy czytałam Kod Leonarda Da Vinci, byłam pewna, że coś w tym jest. Cóż, dałam się nabrać :)
#25 - Ulubiona autobiografia/biografia - przeczytałam w życiu tylko Rockmanna, więc nie mam z czego wybierać :P
#26 - Książka, którą chciałabyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana - coś od Stachury. Tylko niestety kolejna nigdy nie powstanie.
#27 - Książka, którą byś napisała, gdybyś umiała - kryminał z nutką fantastyki o tytule Chłopiec Schrödingera. Tylko nie wiem jeszcze, o czym to będzie... (prawa do tytułu zastrzeżone! ;-))))
#28 - Książka, której przeczytania bardzo żałujesz - Alchemik. Za dużo myślenia, za mało wniosków, generalnie nic mi z tego nie wynikło. Taka pusta filozofia, nibymądre aforyzmy. Ale czy żałuję bardzo? To chyba za duże słowo.
#29 - Autor, którego omijasz - Coelho, z przyczyn powyższych.
#30 - Autor, którego wszystkie książki czytasz - Pratchett, Chmielewska, Stachura, Tolkien,...

I to by było na tyle. 
Bardzo chciałam przeprowadzić to wyzwanie regularnie, dzień po dniu. Niestety za wiele się w moim życiu teraz dzieje - piszę pracę licencjacką, robię kurs na prawo jazdy, a do tego trzeba mi się już uczyć do egzaminów. Dlatego też ostatnio nie mam czasu czytać dla przyjemności. A raczej czytam, bo mam w perspektywie egzamin z polskiej literatury najnowszej, do którego lektury wybieram samodzielnie - ale nie sądzę, bym znalazła czas na pisanie recenzji przed końcem czerwca. Tak więc zawieszam moją radosną pisaninę tutaj, dopóki się nie obronię ;-) A jak wrócę, obiecuję - poodwiedzam Was i wrócę do recenzowania. 
Pozdrowienia i powodzenia dla wszystkich zmagających się z sesją i pracą dyplomową ;-)

wtorek, 1 maja 2012

30 Day Book Challenge #9 - #20

Różne okoliczności sprawiły, że blogowanie zupełnie wypadło mi z głowy. Ale już spieszę z poprawą! Zebrało mi się aż jedenaście punktów książkowego miesiąca, króciutko je uzupełnię. 

#9 - Książka wielokrotnie przez Ciebie czytana: Władca Pierścieni, wszystkie trzy części.
#10 - Pierwsza książka przeczytana przez Ciebie: Pocahontas Disneya, miałam może cztery lata ;-)
#11 - Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem: zawsze lubiłam czytać, po długiej przerwie w czytanie wciągnął mnie Mort Pratchetta.
#12 - Książka, która tak wycieńczyła Cię emocjonalnie, że musiałaś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas: To Kinga. Tak się bałam (dawno temu), że odłożyłam w połowie i do dziś do niej nie wróciłam.
#13 - Najukochańsza książka z dzieciństwa: wyżej wspomniana Pocahontas ;-) a także Chłopcy z Placu Broni, których kocham do dziś.
#14 - Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej: Złodziejka książek Zusaka. Bo mówi o rzeczach ważnych, ściska za gardło i jest piękna.
#15 - Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach: do tej pory nie czytałam zbyt wielu takich książek, ale w Białych zębach Zadie Smitch pojawiły się kwestie asymilacji, które zwróciły moją uwagę.
#16 - Ulubiona książka, którą sfilmowano: zdecydowanie Siekierezada Stachury w reżyserii Witolda Leszczyńskiego.
#17 - Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle: Ogniem i mieczem w reżyserii Hoffmana. Wyszła lekka katastrofka ;-)
#18 - Twoja ukochana książka, której już nie można kupić: nie ma takiej, jak dotąd zawsze mi się udaje ;-)
#19 - Książka, dzięki której zmieniłaś zdanie na jakiś temat: Próchno Berenta. Miałam swego czasu fazę na bohemę artystyczną, ale po tej książce przeszło mi na amen.
#20 - Książka, którą byś poleciła osobie o wąskich horyzontach myślowych: Poczwarka Terakowskiej.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Wyklęte pokolenia" - Janusz Rolicki

Tytuł: Wyklęte pokolenia
Autor: Janusz Rolicki
Wydawnictwo: Nowy Świat
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10

Zawsze lubiłam książki traktujące o życiu polskiej szlachty. Trylogię Sienkiewicza wręcz uwielbiam. Pamiętam, jak z okazji kolokwium z sarmatyzmu zagłębiałam się w książki Tazbira na ten temat. Kiedy usłyszałam o powieści Rolickiego, pojawiła się okazja do dalszego wsiąknięcia w tę tematykę. Bo popatrzcie - zwykle mówi się raczej o XVII, XVIII wieku czy początkach XIX. A nigdy jakoś (choć oczywiście wiem, że taka literatura istnieje) nie spotkałam się z historią z przełomu XIX i XX wieku, czasom nam bliższym, brzemiennym w różnorakie zawieruchy dziejowe.

Wyklęte pokolenia to historia ziemiańskiej rodziny Zabiełło-Krzemieńskich herbu Korczak, wywodzącej się z terenów dzisiejszej Ukrainy, tak licznie przecież zamieszkanych kiedyś przez polską szlachtę. Choć nie jest to typowa saga, akcja powieści obejmuje czasy od 1864 roku po koniec drugiej wojny światowej. Główny wątek skupia się na losach Jaremy Krzemieńskiego, który jako piętnastolatek przeżywa powstańczy epizod i rodziny, którą później zakłada. 

Fabuła jest w zasadzie tylko przyczynkiem do całej wielkiej rozprawy. Przede wszystkim rozprawy historiozoficznej, ilustrującej powolny proces rozpadu polskich rodzin szlacheckich i ich dalsze losy. Wywłaszczenia, wygnania, deklasacja, ucieczki, i próby zachowania (a czasem przede wszystkim odnalezienia) tożsamości i ustosunkowania się do nowej rzeczywistości były przecież doświadczeniem właściwym nie tylko rodzinie Krzemieńskich. Wspaniałe jest w tej książce obiektywne spojrzenie na wszystkie te dylematy. Rolicki wkłada bowiem w usta bohaterów poglądy czasem skrajnie różne, dzięki czemu konfrontacja ich następuje właściwie na bieżąco. Brak tutaj odgórnego oceniania, za to mamy okazję porównać na przykład postawę wojskowych, czynnie biorących udział w procesach decyzyjnych polskiego podziemia, jak i "historiozoficzne dylematy starej baby". 

Książka ta powstała na bazie opowieści i mitów rodzinnych zebranych przez Rolickiego. Spotykamy świat od tej drugiej strony, od strony żywych historii, a nie tylko suchych faktów. Bohaterowie pamiętają bowiem wywózki kibitkami na Sybir - ojciec Maryli jest przecież zesłańcem - by potem usiąść za kierownicą automobilu i dać się powieźć tej dziwnej maszynie. A przecież za chwilę nad głowami zahuczą samoloty, gdzieś obok zagra radio. Krzemieńscy stają się świadkami i kronikarzami przemian, jakie dokonują się w Europie w ich czasie. Chcąc nie chcąc uczestniczą w nich czynnie, stając się trybikiem w wielkiej machinie Historii.

Chwilami książkę tę można czytać jak źródło historycznej wiedzy. Mnóstwo tu informacji, dat, faktów. Pozwala to w znośny, niepodręcznikowy sposób usystematyzować swoje pojęcie o tych niespokojnych czasach. Miejscami jest tego zbyt wiele, co sprawia, że książkę czyta się dość długo i powoli, z przerwami, bo można się nieco zmęczyć. Przeszkadza również jej niestaranne pod względem korektorskim wydanie. Znalazłam bardzo wiele literówek i - co nie powinno mieć absolutnie miejsca - błędów w datach (np. 1998 zamiast 1898). Oczywiście, to zarzut raczej w stronę redakcji, a nie autora.

To są jednak drobiazgi. Powieść jest niesamowicie wciągająca, ciekawa, nasycona kresową polskością, która tworzy wspaniałe obrazy dokumentujące tradycje i kulturę szlachecką tamtego czasu. To obowiązkowa pozycja dla miłośników powieści historycznych, ale nie tylko - warto Wyklęte pokolenia przeczytać, by wciąż poszerzać swoje horyzonty.

Za egzemplarz dziękuję portalowi