Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecam. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2012

O tym, co się dzieje, gdy kupuje się kota w worku... ["Kocie worki" Joanny Chmielewskiej]

Tytuł: Kocie worki
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Kobra
Rok wydania: 2004

Pewnie już wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam Chmielewską, a Wszystko czerwone to mój książkowy hit wszech czasów. Kocie worki są luźną kontynuacją wydarzeń z tamtej powieści. 

Oczywiście wszystko dzieje się w duńskim domu Alicji. Joanna przyjeżdża do niej na kilka dni, w nadziei na spokojny urlop i kradzież paru roślinek z porządnie wybujałego ogrodu przyjaciółki. Szybko okazuje się, że ze spokoju nici - do Alicji zwala się tłum niespodziewanych gości, w dodatku w nocy jakiś intruz wypija pół butelki napoleona, spuszcza wodę z ryczącego rezerwuaru i najwyraźniej próbuje przekopać się przez liczne pudła, pudełka i sterty najdziwniejszych rzeczy, by dotrzeć do poupychanych tu i ówdzie przez Alicję kocich worków, czyli kolejowych zgub pochodzących z licytacji...

Kocie worki to coś zupełnie innego od części poprzedniej. Technicznie rzecz biorąc, jest to książka  słabsza, której zabrakło pazura w części kryminalnej. Większość akcji w sumie została raczej przegadana przy stole, niewiele wydarzeń możemy obserwować w trakcie ich faktycznego zaistnienia. Chmielewska utknęła też tu i ówdzie wątek romansowy, on też jednakże rzuca się w oczy niemal jedynie podczas dyskusji wszelakich. A tych dyskusji jest ogrom. Zamiast dynamicznej fabuły mnóstwo tu rozdrabniania się nad szczegółami, które z kryminałem nijak nie współgrają. Mało tego, zauważyłam pewne nostalgiczne powracanie przez autorkę do starych schematów, jak chociażby Marcinek z Harpii, który wraca tu jako Marianek (zmienia się tylko imię).

Jakkolwiek dom Alicji zawsze był zbieraniną rzeczy najprzedziwniejszych, tym razem panuje tam rejwach i zagracenie kosmiczne. Wszystkie skrupulatne wyliczenia narratorki Joanny wprawdzie doskonale oddają to, jak to wszystko wygląda, dodajmy - bawią bardzo porządnie, jednakże autorka stworzyła tak kuriozalne składowisko, że całość traci znamiona jakiegokolwiek prawdopodobieństwa. 

Muszę jednak przyznać, że mimo tych wszystkich niedociągnięć jest to jedna z moich ulubionych książek nie tylko Chmielewskiej, ale w ogóle. Uwielbiam Alicję i jej dom, mimo tego całego przerysowania. Po Kocie worki sięgam przynajmniej raz w roku, zawsze wtedy, kiedy mam potrzebę podniesienia się na duchu i poprawienia sobie humoru. Na jesienne chandry są w sam raz. I doskonale zwalczają niechęć do robienia porządków.

czwartek, 6 września 2012

"Sen Zielonych Powiek" - Edyta Szałek

Tytuł: Sen Zielonych Powiek
Autor: Edyta Szałek
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2007


Rzucić wszystko, zostawić rozpacz, zostawić wspomnienia, uciec i zacząć nowe życie. Życie bez pamięci o przeszłości. Spalić za sobą wszystkie możliwe mosty. Przybrać nową tożsamość we własnej głowie. Uciec. 

To właśnie robi Greta. Zostawia za sobą przesiąknięte rozpaczą łóżko, sąsiada z bloku B, nałogowego onanistę, i pielęgniarkę obciętą na jeża z powodu jednego z pacjentów, który gdy miała je dłuższe, złapał ją za nie i mało nie skręcił jej karku. Wychodząc ze szpitala z każdym krokiem zapomina o sobie. O swojej przeszłości. Prosi przyjaciółkę, by spakowała jej rzeczy i przywiozła od matki. Wsiada w pociąg donikąd, z upływem drogi staje się kimś innym. Nie wie nawet, gdzie wysiądzie. Byle zapomnieć. Zapomnieć zielonego, dmuchanego krokodyla i koc w niebieskie koty...

Dwa lata później Greta jest już kimś innym. Pracuje w biurze firmy odzieżowej, mieszka sama w pięknym, uporządkowanym do nieprzyzwoitości mieszkaniu, pozbawionym roślin. Bo przecież nie potrafi hodować kwiatów. Jej dzień wygląda niemal zawsze tak samo: rano kawa z sąsiedniej kawiarenki, praca, film wieczorem. Zaprzyjaźnia się, choć to może zbyt wielkie słowo, z koleżanką z pracy, charyzmatyczną, zdystansowaną Dominiką. W nocy ma koszmary z zielonym krokodylem. 
Któregoś dnia wychodzi na samotnego drinka. Dosiada się do niej Joachim. I od tamtej pory wszystko zaczyna się zmieniać. 

I nie, nie jest to historia miłosna. Greta jest samotniczką z wyboru. Pielęgnuje swoją niezależność i dystans jakby najcenniejszy skarb. Twierdzi, że ją lubi - otacza się skorupą i nie daje nikomu się przez nią przebić. Ta powieść to studium samotności i lęku przed bliskością. Bohaterka nie lubi samej siebie. Na siłę utrzymuje dystans, wewnętrzny chaos wyciszając nieskazitelnym porządkiem w otoczeniu i dbałością o ciało. Każdą próbę bliższego kontaktu torpeduje, odcina się ostro i kategorycznie. I jak na dłoni widać, że jest w głębi duszy cholernie, cholernie nieszczęśliwa. Greta jest postacią tak smutną, że cała jej historia wgniata w fotel. Im głębiej wsiąkałam w tę książkę - a przepadłam! - tym było mi smutniej, tak bardzo żal mi było Grety. 
A zakończenie było, z braku lepszego określenia... wstrząsające. 

Sen Zielonych Powiek to książkowy debiut Edyty Szałek i przyznaję bez bicia, bardzo udany. Powieść niezwykła, inna, oniryczna, napisana piękną, poetycką polszczyzną. Bardzo impresyjna, pełna różnorakich wrażeń - zwłaszcza zapachów. Jedna rzecz mi tylko zgrzytała - zbyt dużo wielokropków, na których nadużywanie mam lekką alergię. I zgrzytała tylko na początku, bo tak wsiąknęłam w świat Grety, tak przepadłam w tej książce, że bardzo szybko straciło to na znaczeniu. 
Piękna, niesamowita powieść.

sobota, 1 września 2012

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze

Tytuł: Listy na wyczerpanym papierze
Autor: Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, oprac. Magda Umer
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010

Kiedy pomiędzy dwójką poetów, między duszami wrażliwymi i twórczymi zaiskrzy, powstają perełki. Zaczynają krążyć słowa - listy, liściki, wiersze, wierszyki, na papierze listowym, pocztówkach, fotografiach. Idą w ruch telegramy, telefony, długopisy i maszyny do pisania. Uruchamia się magia miłości - tak pięknie ubranej w słowa, że nie można już bardziej. 

Listy na wyczerpanym papierze to zbiór takichże cudeniek, które zakwitły wiele lat temu między Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą. 

W tych piosenkach i w listach ich uczucie żyje do dziś. Jak inkluzje - zatopione owady w bursztynie. Rolę bursztynu odgrywa w tym przypadku papier. Nie tyle czerpany, ile wyczerpany tym, czego doznał. 
Nieszczęście i szczęście tych dwojga bardzo dotykało.
Wykończyli go wzajemnymi pretensjami, łzami i atramentem. 
- pisze w przedmowie Magda Umer. I rzeczywiście tak było - miłość ta nie przetrwała próby czasu, odległości i charakterów. Listy te są jednak jej owocem cennym, godnym ocalenia. Są nie tylko pięknym dziełem literackim. Dzięki nim możemy podejść bliżej, zajrzeć wgłąb dusz tych dwojga wspaniałych twórców. Spomiędzy wierszy wyłaniają się ich osobowości, tak bardzo ludzkie przecież charaktery. Odkryłam, że Agnieszka była taka jak ja w swoich wyborach i tęsknotach, taki lekkoduch biegający z wiatrem. Ich relacje były trudne - oboje zarzucali sobie wzajemnie egoizm i lekceważenie, zabawę, kochanie "na lipę". Bo przecież Agnieszka nigdy nie traktowała miłości poważnie, a przynajmniej - nigdy wcześniej. W ciągu swego burzliwego romansu w latach 1964-1966 rozstawali się kilkukrotnie.
Więc proszę Cię, trochę płacząc: Nie dzwoń już do mnie.
Już nigdy nie zobaczysz mych oczu za mgłą, odchodzę smutna, zła

Agnieszka
Sama Agnieszka zresztą przyznaje się do tego, że uwiodła żonatego Jeremiego "z przyzwyczajenia". Choć później angażuje się w ten związek mocniej, ostatecznie nie udało im się porozumieć. Szukali się przez te lata, lecz nigdy nie udało im się złapać jakiejś wspólnej fali. On wciąż pracował, ona podróżowała - mało które uczucie, nawet wielka miłość, jest w stanie przetrwać i rozwinąć się w takich warunkach. Jednakże próbowali - o, naprawdę przepięknie kochali się w tych listach.

Listy są cudowne w treści, a i wydane przepięknie. Mnóstwo tutaj barwnych fotografii, skanów listów, pocztówek, notatek. Jest na końcu zbiór piosenek, które powstały z ich miłości - z piękną Miłością w Portofino na czele, której wariacje zresztą przewijają się przez wiele listów. Do książki dołączona została też płyta audio, na której listy czytają Magda Umer i Piotr Machalica. Uczta, prawdziwa uczta dla oczu i uszu - piosenki są bowiem zaśpiewane (chociaż trochę denerwuje mnie sposób czytania pani Magdy, choć nie jest pozbawiony uroku). 

Kiedy tak przyglądam się tym listom i liścikom, często zanotowanym na świstkach, fotografiach, ogarnia mnie smutek, że ta forma komunikacji przechodzi do przeszłości. Sama kiedyś pisałam bardzo wiele listów, pamiętam to uczucie, gdy czekało się całymi dniami na odpowiedź, gdy razem z listem z koperty wypadał mały, zasuszony kwiatek albo listek. Wiem, że głoszę truizmy, ale dzisiaj, gdy w kontakty międzyludzkie wtargnęła technologia, straciliśmy wiele - wszak SMS czy mail dochodzą do adresata błyskawicznie, pozbawione zapachu, charakteru pisma i zagiętego różka kartki. To chyba dlatego zaczęłam bawić się w postcrossing - ale to jednak nie to samo... 

Na koniec pozostaje mi tylko jedno pytanie - czy to dobrze, że spadkobiercy tych dwojga zdecydowali się upublicznić te listy? Owszem, mają dużą wartość literacką. Ale jednocześnie wkraczamy w ich osobiste, intymne światy, tak prywatne, że czasem nie sposób nie poczuć się intruzem. Jeżeli macie odwagę wejść w tę ich osobistą przestrzeń - zapraszam Was do tych listów, bo są niezwykłe, magiczne i piękne.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Jacek Hugo-Bader - "Dzienniki kołymskie"


Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2011
Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach...
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE - W ZŁOTYM SERCU ROSJI. 

Ktoś mógłby się zastanowić, czemu zaczynam od fragmentu wydrukowanego na okładce? Zna go każdy, kto choć miał tę książkę w ręku, słyszał jej zapowiedzi albo czytał recenzje. Nie bez powodu, bowiem słowa te najlepiej obrazują to, co Hugo-Bader zawarł w swoich reportażach z podróży po Kołymie. To opowieści o ludziach - mieszkańcach tych zimnych, nieprzystępnych regionów, małych miasteczek rozsianych w tajdze, gdzie tuż pod powierzchnią ziemi nawet w lecie czai się wieczna zmarzlina. Tamtejsi ludzie są jak ich kraina - twardzi i szorstcy. Każdy z nich nosi w sobie jakąś zwykłą-niezwykłą historię, którą autor spisuje dla czytelnika. 

Trakt Kołymski, albo inaczej Trasa, to 2025 kilometrów drogi budowanej przez tysiące zeków - więźniów stalinowskich obozów zagłady, drogi, która stała się ich grobem. Wiedzie przez dzikie, surowe wertepy od Magadanu do Jakucka. Ludzie żyjący tam naznaczeni są piekłem tamtych potwornych czasów, część z nich jeszcze je pamięta. Bo mieszkańców tam coraz mniej - młodzi uciekają na Zachód, w poszukiwaniu lepszego życia. 
Po Trakcie da się podróżować wyłącznie autostopem. To droga bardzo niebezpieczna - zwłaszcza, że nadchodzi zima. Na podwózkę można jednak liczyć - pełno jest paputczików, kierowców, którzy chętnie zabiorą ze sobą podróżnika. Niemal zawsze za darmo. A i często dadzą jeszcze coś od siebie. 
Kołyma to kraina złota - są tam ogromne złoża nie tylko tego cennego kruszcu, ale i innych. To tam odkryto największą na świecie żyłę srebra. Nie jest to łatwe zajęcie, a wielu poszukiwaczy odsyła swe rodziny na Zachód, bo tu żyć bardzo ciężko. 

Hugo-Bader spotyka w swojej podróży wiele niezwykłych postaci. Przez jego reportaże przewija się korowód błatników, a więc typów ze świata przestępczego, przedstawicieli prawa, dawnych zeków, miejscowych oligarchów, a także innych, tych, którzy "Wyspę Kołymę" wybrali na miejsce swojej samotni. 

Reportaże podzielone są na trzy części - Syndrom milczenia, Syndrom pola walki i Syndrom towarzysza podróży. Choć jeszcze na początku książki autor zarzeka się, że nie chce wracać do upiornych czasów stalinowskiego terroru - jest to niemożliwe. Opowieści wielu napotkanych ludzi nierozerwalnie wiążą się z wydarzeniami tamtych czasów. Przewija się gdzieś tam usprawiedliwienie, że historie te należy spisać, bo może być to ostatnia ku temu okazja. Wiele w tym racji. Wystarczy przyjrzeć się, z jaką siłą wracają wciąż do autora chociażby Opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa, które, po lekturze książki Hugo-Badera, stają się pozycją obowiązkową. 
Wład opowiada mi za krzaków, w które runął, idąc się wysikać. Że patrzę na Rosję ze swojego małego, kulawego, europejskiego taborecika i że jak Rosjanie potępią swoją przeszłość, to nic nie zostanie. Historia ich niełatwa. Łatwo obsikać sobie dwa palce – mówi filozoficznie Wład i znowu przewraca się w krzaki.
Jednakże nie tylko o tym opowiadają bohaterowie. Hugo-Bader sięga wgłąb rosyjskiej duszy, odnajdując tam Kołymę taką, jaką widzą jej mieszkańcy, która wyłania się często z oparów szczerości alkoholowej, ale też szczerości towarzysza podróży, obcego, którego nigdy więcej się nie spotka. Kołymę surową, brutalną, twardą jak wieczna zmarzlina, ale jednocześnie dom, jedyne możliwe dla nich miejsce w świecie. Zagłębiając się w lekturze, odnosimy wrażenie podróży w czasie - bowiem im dalej wgłąb tej nieprzystępnej krainy, tym wolniej czas tam płynie. Widać to nie tylko w zacofaniu wielu małych miasteczek, ale też w mentalności ludzi. Przede wszystkim w ich nieufności - sam Hugo-Bader wspomina kilkakrotnie, że nie ma dnia, w którym ktoś nie spytałby wprost, czy jest szpiegiem. 

Chciałabym jeszcze wiele powiedzieć o tym zbiorze reportaży-wrażeń, reportaży-gawęd. Zostawię Wam jednak przyjemność odkrywania wszystkich walorów tych tekstów - krótkich, treściwych i genialnych. 
Jak dobrze, że ktoś spisał wszystkie te historie. 

czwartek, 26 lipca 2012

"Chata" – William P. Young

Tytuł: Chata
Autor: William P. Young
Wydawnictwo: Nowa Proza
Rok wydania: 2011


Nasz misternie budowany świat może runąć w każdej, nawet najmniej spodziewanej chwili. 

Kiedy w naszym życiu dzieje się jakaś katastrofa, zapewne większość z nas zachowuje się podobnie. Zamykamy się w sobie i wyrzekamy Bogu, dlaczego? Za co? Jaki w tym sens? Czy bóg istnieje, skoro pozwolił na coś takiego? Zaczyna się do Niego nawet pałać nienawiścią. 

A gdyby On sam stanął na twojej drodze, żeby w tej trudnej chwili wyjaśnić ci to i owo? Żeby dać ci wsparcie, zniszczyć poczucie winy i osamotnienia i wyprowadzić z błędu?

Mackenzie wiódł całkiem szczęśliwe życie. Miał cudowną żonę, Nan, i kilkoro wspaniałych dzieci. Stanowili zgraną rodzinę. Czego chcieć więcej? Można by pomyśleć, że osiągnęło się pełnię. Jakże łatwo wtedy zapomnieć, że szczęście jest ulotne. 

Wakacyjny wyjazd. Ojciec zabiera swoje dzieci na kemping nad jezioro. Pod sam koniec pobytu ma miejsce wypadek – dwoje starszych dzieci Macka ląduje pod wodą podczas wywrotki kajaka. Bohater naszej powieści natychmiast rzuca się im na ratunek i ocala im życie. Gdy wracają na brzeg, okazuje się, że nigdzie nie ma najmłodszego członka rodziny – kilkuletniej Missy. Mimo natychmiastowego wszczęcia poszukiwań, nie udaje się odnaleźć dziewczynki. Szybko wychodzi na jaw, co się stało – mała została porwana, wywieziona do starej chaty głęboko w lesie i brutalnie zamordowana. Na miejscu policja znajduje jedynie jej krew i to, co pozostało z jej sukienki.

Po tragedii życie Macka staje się pasmem bólu i gniewu. Druga jego córka, Katie, po wypadku zamyka się w sobie, obwiniając się o to, co się stało. Sytuacja rodziny zdaje się patowa – aż do dnia, w którym Mack znajduje w skrzynce na list z zaproszeniem od samego Boga, czyli Taty, jak nazywa Go Nan. Węsząc pułapkę, czy też ponury żart, Mack udaje się do chaty. Do miejsca zbrodni, której ofiarą padła jego córeczka. Sam nie wie, czego się spodziewać, jednak tego, co znajduje w chacie, nigdy by się nie spodziewał – nawet w najśmielszych wyobrażeniach. 

To przepiękna powieść. O rodzicielskiej miłości, akceptacji i umiejętności pogodzenia się z życiem i tym, co niesie los. A także o Bogu, relacjach z nim i tym, jak powinniśmy Go pojmować i rozumieć. Nie chcę pisać na ten temat zbyt wiele – chciałabym pozostawić odkrywanie tej cudownej, choć chwilami bolesnej powieści Wam. Jedno ze słów, które przychodzi mi na myśl po przeczytaniu tej powieści, to katharsis.

wtorek, 17 lipca 2012

"Dożywocie" Marty Kisiel


Tytuł: Dożywocie
Autor: Marta Kisiel
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2010

Każdy stary budynek musi mieć swojego ducha, prawda? I w niemal każdym takim domu prędzej czy później pojawi się pisarz w stanie niemocy twórczej, poszukujący natchnienia na inspirującym odludziu. Co więcej, na pewno będzie po przejściach natury osobistej, a do domu trafi w wyniku testamentu jakiegoś zupełnie nieznanego krewnego, o którego istnieniu dowiedział się od notariusza. 

Banalnie. I oczywiste to takie, prawda?

A, guzik. 

Konrad może i przyjeżdża do Lichotki w wyżej wymienionym celu i z powyższych powodów. Cóż... i chyba na tym banał się kończy. Gotycka willa bowiem, sen szalonego stolarza, ma swoich dożywotnich lokatorów. Przy czym słowo "dożywotnich" jest nieco... nietrafne. Jak inaczej jednak określić mieszkańców budynku w liczbie: jednego smarkającego anioła stróża, jednego obciążonego grafomanią widma z epoki romantyzmu,  jednego Krakersa rodem z Lovercrafta, czterech bezczelnych i nadmiernie dbających o higienę utopców i różowiutkiego Rudolfa Valentino?

Ma się rozumieć - i przyzwyczaić się nie będzie łatwo, a i skupić na pracy też niekoniecznie. Do tego jeszcze miejscowi i przyjezdni również życia nie uczynią bardziej przyjaznym. 

Nieco naiwne powieścidło, można by powiedzieć. Także - przewidywalne, nieco oczywiste, a i akcja zbytnio się tu nie ma gdzie rozbujać. A jeżeli już - w jedynym słusznym kierunku. Jednakże to nie na tym ma polegać urok tej książki, o nie. Jej głównym atutem jest to, że przez cały czas spędzony przy niej kwiczałam ze śmiechu jak dzika. Pani Marta fantastycznie bawi się językiem! Nie przytoczę tu żadnego z kwiatków, ponieważ nie chcę odbierać Wam tej szalonej radości odkrywania, co też znajdziemy na kolejnej stronie. Ale to nie wszystko. Każdy, kto kiedykolwiek musiał brnąć przez meandry romantycznej poezji, będzie rechotać ze szczęścia, znajdując kolejne smakołyki z epoki, czasem mocno zakamuflowane pod pierzynką literackiej aluzji. 

To nie fabuła jest tu kluczowa. To język i barwne postaci zaludniające Lichotkę - stworzonka oryginalne, panoszące się po książce z rozmachem i humorem. Któż nie chciałby trzymać w kuchni fioletowego Krakersa? Albo kichającego co prawda, lecz niemożliwie uroczego, przesympatycznego, kochanego i jakże przecież przydatnego Licha?

Ja biorę całą bandę! ;-)

piątek, 22 czerwca 2012

Orson Scott Card - "Gra Endera"


Tytuł: Gra Endera
Autor: Orson Scott Card 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2005

Też tak czasem macie, że kiedy usłyszycie gdzieś coś o jakiejś książce zupełnie nie z Waszej dziedziny, to potem chodzi Wam ona po głowie do skutku?

Przecież ja w życiu nie czytałam sci-fi. No, może ze dwie książki w podstawówce. I Nowy wspaniały świat Huxleya. Ale poza tym nic, zupełnie, nie oglądałam nawet Star Treka. Jakoś mi się tak pod kopułką zakodowało, że to nie dla mnie, że nie lubię, że coś tam. 

Po długim tupaniu tytułu pod czaszką wypożyczyłam Grę Endera w sumie dla narzeczonego. Bo ponoć jedna z najważniejszych sci-fi, bo dobra, bo ach i och (nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć, gdzie i skąd taka u mnie wiedza). I tak sobie leżał, i kwitnął... aż napisałam licencjat. Jechaliśmy pociągiem do rodziców, Luby przeczytał i zostawił mi książkę w plecaku, a ja wieczorem otworzyłam tak, ot. I wsiąkłam. Na amen. 

Ender to Trzeci, a więc niepożądany w czasach przeludnienia. Zgnębiony przez starszego brata Petera, mały chłopiec, syn Chłopca z Polski, mający za jedyne wsparcie siostrę Valentine. Do domu przychodzą dziwni ludzie, przeprowadzają na rodzeństwie testy, które mają wyłonić kandydata na genialnego stratega wojskowego, który ma zapobiec katastrofie w postaci inwazji robali. Osiągają podobne wyniki, jednakże to Ender ma umysł i osobowość nadające się do dalszego szkolenia. Trafia do Szkoły Bojowej, daleko, poza Ziemią, by nauczyć się, jak dowodzić armią. Służą do tego treningi w nieważkości i niezwykłe gry komputerowe. Zaczyna się nierówna walka z czasem, w której Ender może sobie poradzić i ukończyć szkolenie, albo załamać się pod zbyt wielkim ciężarem. W końcu to jeszcze mały chłopiec... 

Ale przecież bywają i dorosłe dzieci. 

Kreacja Endera jest niesamowita. To niezwykła gra psychologiczna pomiędzy nim a systemem, przeprowadzona subtelnie i ze smakiem, porażająca czasem swą bezwzględnością. Technologia służy tu fabule, nie odwrotnie, co jest dla mnie dużym plusem. Choć jest to świat z przyszłości nieokreślenie dalekiej, przewija się tu Rosja, USA, Układ Warszawski... lecz w zupełnie innym kształcie niż znamy z historii. Chociaż ta pierwsza zachowała stereotypowy charakter swej polityki... 
To wszechświat, w którym nie chcielibyśmy się znaleźć, o nie. A jednak jest w nim coś magnetycznego, coś, co nie pozwala z czystym sumieniem odłożyć książki przed skończeniem lektury. Nie wątpię w geniusz autora - na celowniku mam następne jego książki (również o Enderze). Sądzę jednak, że tłumaczenie Cholewy ma na to wrażenie jakiś wpływ. W końcu co dwie głowy, to nie jedna. 

Krótko mówiąc - podstawowa podstawa gatunku sci-fi moim skromnym zdaniem, trzeba przeczytać i nie ma przebacz, bo książka jest genialna. 

czwartek, 19 stycznia 2012

"Życie Pi" - "Yann Martel

Tytuł: Życie Pi
Autor: Yann Martel
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2003
Ocena: 10/10

Czy można wierzyć w Sziwę, Jezusa i Allaha jednocześnie? Czy można zrozumieć zwierzęta, ich zachowania, uczucia, wysyłane komunikaty? Czy można dogadać się z gigantycznym, głodnym tygrysem bengalskim? Czy można dokonać tej niemożliwej z pozoru rzeczy, tkwiąc przez siedem miesięcy na małej szalupie z taką bestią?
Można. 
Szesnastoletni Piscine Molitor Patel jest na to świetnym dowodem. A fakt, że jego imię pochodzi od nazwy ulubionego ogrodu zoologicznego jego wujka, absolutnie nie ma tu znaczenia. 

To przedziwna książka, wielowymiarowa. Po pierwsze, opowiada niezwykłą, fantastyczną historię, historię współistnienia człowieka i zwierzęcia, które w normalnych okolicznościach nie miałoby szans powodzenia. Richard Parker, mimowolny towarzysz Pi Patela, nie jest przecież i nigdy nie będzie stworzeniem, przy którym można rozluźnić się i stracić czujność, czego zresztą niemal nieustannie dowodzą jego poczynania. Śledzimy więc z napięciem każdy jego ruch, drgnienie ogona, każdy najcichszy pomruk. 

Razem z Pi przechodzimy przez trudną do wyobrażenia metamorfozę. Bo jak wiele może zrobić człowiek, żeby przetrwać? Jak wiele granic można przekroczyć - granic wytrzymałości fizycznej, emocjonalnej, cierpliwości, uporczywego pragnienia istnienia? Jak silne przekonania można przełamać, by utrzymać się przy życiu, jak bardzo upaść i zezwierzęcić się? I ile człowieczeństwa uda się w sobie zachować? I właściwie nie dotyczy to jedynie Piscine'a, ani nawet Richarda Parkera. Podejmuje się tutaj też próbę naruszenia granicy znajdującej się pomiędzy rzeczywistością a wyobraźnią, tym, co uznajemy za prawdopodobne i możliwe, a tym, czego w żadnym wypadku nie jesteśmy w stanie zaakceptować. 

I pozostaje jeszcze kwestia wiary. Piscine jest pod tym względem istotą nieprzeciętną. Z dziecięcą prostotą burzy niemożliwe do pokonania mury, które stawiają ludzie dorośli, racjonaliści, trzymający się twardo swoich przekonań. Łączy sprawy pozornie odrębne w istocie swojego istnienia, a przez to paradoksalnie odkrywa to, co wspólne jest każdemu wierzącemu, niezależnie od wyznania. 

Na ziemi leniwiec porusza się od drzewa do drzewa w tempie dwustu pięćdziesięciu metrów na godzinę - i to tylko wtedy, kiedy ma jakąś motywację.

Zastanawiam się, dlaczego ta książka wywołuje skrajnie różne recenzje. Częściowo opowieść nieco fantastyczna, nieprawdopodobna, częściowo reportaż z nutką filozofii, przeplatany dygresjami autora - to rzeczywiście nie musi się każdemu spodobać. Cóż bowiem może być interesującego w pustym, bezkresnym oceanie na dwustu stronach powieści? Czy dygresje i opowiastki zoologa mają rację bytu w powieści do czytania?
Jak najbardziej. Wbrew pozorom ocean pełen jest cudów, a każde żywe stworzenie niesie ze sobą coś interesującego i często nieznanego. A nieprawdopodobieństwo całej tej historii jest tak porywające, że diabelnie chce się w nią uwierzyć.

Ponoć Pi Patel do dziś mieszka w Kanadzie. I ja tej wersji będę się trzymać. 

czwartek, 29 grudnia 2011

"Szafa" - Olga Tokarczuk

Tytuł: Szafa
Autor: Olga Tokarczuk
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2005
Ocena: 10/10
 
Bardzo trudno jest napisać coś o książeczce, która zawiera trzy opowiadania i ma zaledwie 63 strony. Jednakże bardzo chciałabym się nią z Wami podzielić, ponieważ jest to jeden z najpiękniejszych według mnie fragmentów naszej rodzimej literatury. Fragment niezwykle fascynujący, ciepły, przesiąknięty jakąś niezwykłą magią, a jednocześnie niepokojący i żywo pobudzający wyobraźnię; fragment, którego nie wystarczy przeczytać raz. Do mnie on zawsze wraca, prędzej czy później, każe się znów i znów czytać, przesiąkać do swojej rzeczywistości, zamknąć się w nim choć na chwilę, woła mnie tak, jak tytułowa Szafa przyzywa bohaterkę opowiadania. Zmusza do tego, by choć na krótką chwilę przysiąść, tak jak pokojówka na krawędzi łóżka w pokoju hotelu "Capital" w Numerach, by wsłuchać się w śpiewne wyliczanki, podobne do tych, które padają z ust żony D., buddystki, w opowiadaniu Deus ex - wirujące wyliczanki słów, dźwięków, obrazów, różnorakich myśli.

Nie sposób ukryć, że nie jest to proza łatwa. Muszę przyznać, że choć zwykle czytam bardzo szybko, często przemykając po prostu wzrokiem po tekście, przy Tokarczuk tak zrobić nie wolno. Powiem więcej - jej tak czytać nie sposób. To proza smaczna, wysublimowana, zobowiązująca do delektowania się każdym słowem z osobna, tak, jak robi to autorka. Opowiadania te przesycone są niejako mgiełką egzystencjalnej filozofii. Słowa przenikają się wzajemnie, jakby dziwią się sobie, spotykając się w konfiguracjach nowych, świeżych i nietypowych. Autorka stawia przestrzeń pod znakiem zapytania, przemeblowuje ją za pomocą słów, czasem stwarza od nowa, zmuszając czytelnika do zatrzymania się, zastanowienia, uświadomienia sobie tego, o czym mówi. Odkrywamy wtedy, że opisywana przez nią rzeczywistość to ta codzienna, której doświadcza każdy z nas. Ukrywa się ona pod warstwą słów niezwykle poruszających wyobraźnię, przez co staje się czymś całkowicie niezwyczajnym, zupełnie nowym doświadczeniem. Na okładce wydawca napisał, że pełne magii i poezji opowiadania Olgi Tokarczuk przenoszą nas w niezwykłe światy, gdzie fantazja sąsiaduje z mitami, a przedmioty mają własne prawa. To prawda. Przedmioty stają się osobnym, żywym istnieniem, otrzymują duszę, moc przechowywania kształtów, kolorów, zapachów, wrażeń, emocji i obrazów. Stają się symbolem wieczności w światach, w których przemijają ludzie, zdarzenia, sekundy i miesiące. Są niemymi świadkami ludzkich historii, a pod piórem Tokarczuk zaczynają je opowiadać.

Najgorzej jest z kobietami. (…) One instynktownie próbują przerabiać hotelowe pokoje na namiastki domów. Ukorzeniają się, gdzie tylko mogą, jak niesione wiatrem nasiona. W hotelowych szafach wieszają jakieś zapiekłe tęsknoty; w łazienkach, w sposób bezwstydny, zostawiają swoje pożądanie i opuszczenie. (Numery)

Czytałam tę książkę z ołówkiem w ręku. Zaznaczyłam bardzo wiele fragmentów, czasem krótkich, składających się z kilku słów, a czasem takich zajmujących pół strony. Gdybym chciała się podzielić nimi wszystkimi, pewnie po prostu przeczytałabym Wam całość. Pozostawię ją jednak Wam, bo to proza, którą cudownie jest odkrywać samemu, na własną rękę błądzić i odnajdywać się pomiędzy słowami. Być może będzie to trudne, ale wierzcie mi - warto.

piątek, 2 grudnia 2011

"Dziewczynka w zielonym sweterku" - Krystyna Chiger, Daniel Paisner

Tytuł: Dziewczynka w zielonym sweterku
Autor: Krystyna Chiger, Daniel Paisner
Wydawnictwo: PWN
Rok wydania: 2011
  
Temat II Wojny Światowej zawsze wywołuje u mnie poczucie niepokoju. Przy każdej tego typu lekturze nieodmiennie towarzyszy mi poczucie, że kolejna taka katastrofa jest nieunikniona, że świat dąży do zagłady, że nie dane będzie mojemu pokoleniu przeżyć życia we względnym spokoju. Ale kiedy usłyszałam o tej książce, wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Historia, o której dowiedziałam się bodajże z radia, nie chciała dać mi spokoju przez dobre kilka miesięcy, aż wreszcie udało mi się pożyczyć tę książkę od przyjaciółki.

I jak zaczęłam czytać, tak nie odłożyłam, póki nie przewróciłam ostatniej strony...

Autorka i zarazem bohaterka książki była małą dziewczynką, która miała wszystko. Wspomina, że czuła się jak księżniczka. Wychowywała się w bogatym domu, niczego jej nie brakowało. Rodzice mieli sklep z tkaninami, a kiedy pracowali, dziewczynką opiekowała się niania. W maju 1939 roku urodził się jej braciszek, Pawełek. Kilka miesięcy później wszystko zaczęło się zmieniać - tylko dlatego, że Chigerowie byli Żydami. 
Najpierw państwo Chiger stracili sklep i służbę. Później wkroczyła reglamentacja przestrzeni życiowej i zakwaterowano w ich mieszkaniu obcych ludzi. Z czasem zarekwirowano im cały majątek, a rodzina, przeganiana z jednego lokum do drugiego, coraz gorszego, żyjąc w końcu w okropnych, spartańskich warunkach, trafiła w końcu do getta,  w którym rozpętało się piekło. Coraz częstsze "akcje", masowe wywózki i morderstwa, utrata niemal całej bliskiej rodziny, terror, przerażenie - w końcu Chigerowie ratowali się ucieczką do kanałów Lwowa. Przez czternaście miesięcy nie oglądając światła dziennego, kryli się w warunkach urągających ludzkiej godności, za jedyny łącznik ze światem mając trzech polskich kanalarzy - Sochę, Wróblewskiego i Kowalowa. Leopold Socha, drobny złodziejaszek i człowiek raczej wątpliwej reputacji, zgodził się pomóc rodzinie za odpowiednią opłatą. Z czasem w swojej roli znalazł jednak misję, a okazja do zarobku stała się dla niego szansą na odkupienie. Dostarczając im pożywienie i przedmioty niezbędne do przeżycia, zżył się ze "swoimi Żydami" i zaprzyjaźnił. A Chigerowie, razem z kilkoma innymi osobami, które schroniły się razem z nimi, przetrwali. Nie tylko dzięki Sosze, ale także swojej wytrwałości, organizacji, woli życia i walki. 

Płakałam nad tą książką bardzo, bardzo długo... Ale to jest potrzebne. Krystyna Chiger pisze w swojej książce, że jest ostatnią żyjącą osobą, pamiętającą te wydarzenia. A utrata pamięci o nich to jakby dać komuś do ręki argument, że Holocaustu w ogóle nie było, a do tego bezwzględnie nie można dopuścić. To prawda. A my, po tylu długich latach, musimy dać sobie to przypominać, by historia nie zatoczyła koła. Bardzo, bardzo chcę wierzyć, że do czegoś takiego nigdy już nie dojdzie.

Przed wojną we Lwowie żyło 150 tysięcy Żydów. Schronienia tam szukało kolejne 50 tysięcy, uciekając z zachodu przed inwazją niemiecką. Okupację przetrwało tam zaledwie około dwustu osób. Wśród tego niewyobrażalnego okrucieństwa i masowej zagłady znalazło się jednak miejsce na cuda, które pozwoliły Chigerom i  ich podziemnej rodzinie przetrwać.

Autorka była wtedy kilkuletnią dziewczynką, rekonstrukcji wydarzeń dokonała z pomocą ojcowskiego pamiętnika. Sama jednak zapamiętała bardzo wiele. Opowieści, anegdoty, drobne szczegóły sprawiają, że książka, mimo przerażającej tematyki, tchnie jakimś dziwnym spokojem i optymizmem. I jednocześnie wstrząsa do głębi, każe zrewidować swoje życie i docenić to, co się ma i w jakich czasach się żyje. Ja jestem porażona, poruszona do głębi, wciąż wracam myślami do tej opowieści.

Choć pod względem językowym jest trochę usterek, bardzo wiele rzeczy się powtarza, dobrze się tę pozycję czyta. Do książki dołączono zbiór fotografii rodziny Chigerów oraz samej pani Krystyny, na przykład w muzeum, tuż obok wyeksponowanego tam zielonego sweterka, w którym przetrwała całą wojnę. Co mnie zaskoczyło? Pogodny, szczery uśmiech na jej twarzy. Mam poczucie, że wojna nie zdołała złamać jej ducha, czuje się to w książce i widać po jej twarzy.

Tę książkę koniecznie trzeba przeczytać, pochylić nad nią głowę, dać się wzruszyć. I zapamiętać. To jest historia, która musi przetrwać, a to już nasza rola - czytelników, powierników, którzy powinni przekazać ją dalej. 

Do książki dołączona jest jeszcze płyta z fragmentami filmu dokumentalnego, a niedługo na ekrany wejdzie film Agnieszki Holland, W ciemności, który opowiada tę samą historię. Co jest zadziwiające, książka i film powstały niezależnie od siebie. Czekam na niego z niecierpliwością. 

Polecam, polecam, polecam!

czwartek, 27 października 2011

"Natalii 5" - Olga Rudnicka

Tytuł: Natalii 5
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
ISBN:  978-83-7648-682-6
Ocena: 10/10 
Po przeczytaniu pierwszej recenzji tej książki już wiedziałam, że muszę, po prostu muszę, choćby nie wiem co, dorwać się do niej i przeczytać. Szczęśliwie podczas akcji wymiankowej Czytelniska na nią trafiłam - leżała i czekała tam na mnie ;-) Co mnie skusiło? Sama do końca nie wiem. Na pewno przewijające się gdzieniegdzie porównania z Chmielewską miały znaczenie. Ale poza tym...? Cóż. Magnetyzm jakiś.  
Ale po kolei.
Jarosław Sucharski, pośrednik w handlu dziełami sztuki, dowiaduje się, że ma guza mózgu. Porządkuje więc swoje sprawy - spienięża majątek, pisze testament, zostawia odpowiednie instrukcje oraz depozyty u notariusza i... pieczołowicie przygotowuje swoje samobójstwo, zgłaszając je nawet na policję. Kiedy mundurowi docierają na miejsce, rzeczywiście znajdują denata. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście zabił się sam, ale... Coś tu nie do końca pasuje. 
Ale to nie jest największy problem. Oto bowiem notariusz zobowiązany jest wezwać do siebie spadkobierców pana Sucharskiego, a w zasadzie spadkobierczynie... 
Jest ich pięć. Zupełnie innych. Z różnych miast, w różnym wieku, z różnymi pozycjami społecznymi... Łączy je właściwie jedynie fakt, że wszystkie nazywają się tak samo. A, i ojciec, oczywiście. 

Właściwie połknęłam tę powieść. Choć ma ponad 550 stron, zajęła mi jedno przedpołudnie. I jestem zachwycona! Przede wszystkim - rewelacyjny pomysł na powieść. Olga Rudnicka wymyśliła niebanalną, oryginalną historię, intrygę na poziomie mojej ukochanej Chmielewskiej. Samo prowadzenie akcji jednak było zupełnie, zupełnie inne, co, ma się rozumieć, wyszło autorce tylko na dobre. Choć akcja toczy się naprawdę szybko (o co się nieco obawiałam, zważywszy na objętość książki), nie ma tego charakterystycznego dla pierwszej damy polskiego kryminału bałaganu. Owszem, dzieje się dużo, gęsto, szybko i po wariacku - ale wszystko jest jasne, czytelne i klarowne. U Chmielewskiej często trzeba czytać jakiś fragment kilka razy, by załapać, o co w tym wszystkim biega.
Każda Natalia ma swój charakterek, co sprawia, że powieść jest barwna, dynamiczna i przezabawna. Chociaż spotkałam się z różnymi zarzutami, przykładowo dotyczącymi chociażby, ujmijmy to dyplomatycznie, schematyczności dialogów, mam ochotę machnąć na nie ręką. Dla mnie ta książka to perełka, wspaniały antydepresant - nie tylko na mokre, jesienne dni. Uchachałam się niesamowicie!

niedziela, 23 października 2011

"Filary ziemi" - Ken Follett

Tytuł: Filary ziemi
Autor: Ken Follett
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2007
ISBN:  978-83-7359-596-5
Ocena: 9/10

XII-wieczna Anglia. Klasztor w Kingsbridge otrzymuje nowego przeora. Młody Phillip, zdolny, obrotny i zaradny mnich, pragnie zbudować katedrę. Nie jest to jednak łatwe zadanie. Brak środków, przetaczająca się przez cały kraj wojna domowa, konflikty religijne i spory o sukcesję nie stwarzają ku temu dogodnych warunków. Do tego dochodzą jeszcze nieprzyjaciele na własnym poletku - biskup oraz sprzymierzony z nim lord Wiliam Hamleigh, hrabia Shiring, podstępny morderca i gwałciciel. 
Szczęśliwie na drodze Phillipa pojawia się Tom - bezrobotny budowniczy, który marzy o budowie katedry. Nie jest sam - choć stracił żonę, towarzyszą mu dzieci - mała Martha i Alfred, toporny, brutalny wyrostek, Ellena - tajemnicza kobieta, posądzana o czary - oraz jej młodziutki syn, Jack, uzdolniony rzeźbiarz, który nade wszystko pragnie dowiedzieć się prawdy o swoim ojcu. Kiedy jeszcze do tego dorzucimy piękną Alienę, którą Hamleigh pozbawił ojca i ziemi, oraz jej brata Richarda - mamy rewelacyjną książkę. 

Chociaż bardzo nie lubię tego określenia, muszę przyznać, że to epicka powieść. Cała plejada mocnych, wyrazistych bohaterów z obu stron barykady, dzieje czterdziestoletniej budowy katedry i Historia w tle; wszystkie te elementy tworzą powieść, od której nie można się oderwać. Choć ma ona ponad 800 stron i często jest określana jako saga, czyta się bardzo szybko. Akcja toczy się błyskawicznie, wszystkie wątki prowadzone są żywo, sprawnie i dokładnie. Często przy tak monumentalnych tekstach autor się gubi - zapomina dokończyć pewnych epizodów, postaci, wydarzeń. Tutaj czegoś takiego nie ma, wszystko jest na swoim miejscu.
Podoba mi się sensacyjność akcji. Follett wcześniej zajmował się pisaniem thrillerów, pewne nawyki z pewnością u niego pozostały. Jednakże to tylko dodaje książce dynamiki, a to olbrzymia zaleta przy tak obszernej powieści. Dużym plusem jest także język - prosty, czytelny, niearchaizowany ani nie uwspółcześniany na siłę. Można by wręcz powiedzieć, że jest przezroczysty, dzięki czemu książka jest naprawdę przyjemna w lekturze.
Co mi przeszkadzało? Wszystko wolno się rozkręca. Naprawdę, pierwsze pięćdziesiąt stron czytałam trochę na siłę, podbudowana nieco zapewnieniem mojej mamy, że potem jest rewelacyjnie. Miała rację! Ale za ten rozwlekły, nieco zamulający początek nie mogłam dać pełnej dziesiątki. 
Przy lekturze też trzeba pamiętać o jednym - mimo że jest to powieść historyczna, przedstawione w niej wydarzenia nie są wierne, nie można więc traktować jej jako źródło. Ale co z tego, jeżeli książka jest po prostu fantastyczna?

Na zakończenie dodam jeszcze, że Follett napisał kontynuację tej historii - Świat bez końca. Nie czytałam jeszcze, ale jestem pewna, że gdy tylko wpadnie mi w ręce, przeczytam. 

czwartek, 20 października 2011

"Cisza pod sercem" - Monika Orłowska

Tytuł: Cisza pod sercem
Autor: Monika Orłowska
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
ISBN:  ISBN 978-83-7674-137-6

Książka wyróżniona w Ogólnopolskim Konkursie Literackim ŚWIAT KOBIETY.

Czasem nie wszystko układa się zgodnie z planem. Zamiast cudu narodzin, tego największego cudu okupionego nieziemsko długim oczekiwaniem, nadzieją i bólem, zamiast ogromnej radości, jaką może odczuwać tylko kobieta obdarzona darem macierzyństwa, dzieje się tragedia. Utrata oczekiwanego dziecka jest chyba jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć, jakiego można doświadczyć. W naszej kulturze to wciąż silnie zakorzenione tabu. To całkowicie zrozumiałe – tak naprawdę nikt nie wie, co przeżywa matka po stracie. Nie wiadomo, jak właściwie się wobec niej zachowywać, co mówić, jak ją traktować. Strach przed konfrontacją potrafi być tak silny, że taka kobieta zostaje zupełnie sama ze swoją tragedią, niezrozumiana, niewysłuchana, opuszczona. Nie może liczyć na wsparcie nawet ze strony najbliższych. A kolejne próby zajścia w ciążę nieodmiennie przynoszą ogromny lęk przed tym, co może się wydarzyć.

Właśnie w takiej sytuacji spotykamy cztery bohaterki książki Moniki Orłowskiej. Jedna z nich, Anna, zakłada wątek na internetowym forum. Szuka kobiet w podobnej sytuacji, próbuje zorganizować coś w rodzaju grupy wsparcia. Szybko trafiają tam inne matki po poronieniu. Zawiązuje się między nimi więź. Choć nie znają się w realnym świecie, stają się dla siebie drugą rodziną, często dając sobie wzajemnie o wiele więcej wsparcia i nadziei, niż mogłyby uzyskać od najbliższych sobie osób – rodziców, partnerów, przyjaciół. Forum pomaga im uporać się z traumą i ruszyć dalej z miejsca, życie bowiem toczy się dalej.
Użytkowniczki forum bardzo różnią się od siebie. Anna jest księgową, zachowawczą katoliczką, Dominika – niezależną, nowoczesną kobietą, tłumaczką hiszpańskiego. Mariola to bardzo młoda, infantylna kobietka z wielkim apetytem na życie. A Ewa to artystka, emigrantka, której życie wymyka się spod kontroli. Wszystkie pragną, by ich marzenie o macierzyństwie się wreszcie spełniło.

Przyznam szczerze, że początkowo spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Czegoś… bardziej typowego dla literatury kobiecej. A ta historia wbiła mnie w fotel. Autorka porusza niewiarygodnie trudny temat, w dodatku radzi sobie z tym doskonale. Nie ma tutaj zbędnego patosu, umartwiania się, sztucznego wyciskania łez. Tekst broni się sam, bez tych wszystkich elementów. To świetnie napisana książka, naprawdę dobra warsztatowo. Każda z bohaterek posługuje się własnym, indywidualnym stylem wypowiedzi. Uwagę przyciągają charaktery tych kobiet – każda ma inną osobowość, inny sposób myślenia, radzenia sobie z emocjami. To pomaga zrozumieć postawy bohaterek – każda bowiem inaczej reaguje, inaczej przeżywa swoją traumę i reakcje otoczenia. Trzeba także wspomnieć o tym, jak ta powieść wpływa na emocje odbiorcy. Opisując wszystko w prostych słowach, autorka trafia w sedno najważniejszych spraw tutaj poruszanych. Wzrusza, wstrząsa, wzbudza ogromne współczucie. Ale nie zapomina również o tych dobrych odczuciach. Jest tutaj miejsce na relaks, śmiech, zabawę i nadzieję.  To niewątpliwie najważniejsze zalety tej książki.

Powieść Moniki Orłowskiej zmusza do zastanowienia się, wczucia się w sytuację każdej z bohaterek. Jednocześnie inspiruje i daje nadzieję. Pokazuje, że nawet po takiej tragedii życie matki ma ciąg dalszy – niezależnie od wszystkiego udowadnia, że można po wszystkim ruszyć z miejsca.
Na pewno każda kobieta odczuje lekturę tej książki inaczej, w zależności od swojej sytuacji życiowej. Dla matki takiego utraconego dziecka to może być ogromny wstrząs. Jak kamyczek wywołujący lawinę, ta powieść może obudzić wszystkie wspomnienia czy ogromny ból towarzyszący stracie. Kobieta, która szczęśliwie uniknęła takiego losu, pewnie także będzie przeżywać tę historię bardzo silnie. A taka, która zakładanie rodziny ma dopiero przed sobą? Może się przestraszy, a może zastanowi nad sensem macierzyństwa i wszystkim, co się z tym wiąże. Niezależnie jednak od tego, to bardzo dobra, wartościowa lektura.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Replika.