Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2012

O tym, co się dzieje, gdy kupuje się kota w worku... ["Kocie worki" Joanny Chmielewskiej]

Tytuł: Kocie worki
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Kobra
Rok wydania: 2004

Pewnie już wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam Chmielewską, a Wszystko czerwone to mój książkowy hit wszech czasów. Kocie worki są luźną kontynuacją wydarzeń z tamtej powieści. 

Oczywiście wszystko dzieje się w duńskim domu Alicji. Joanna przyjeżdża do niej na kilka dni, w nadziei na spokojny urlop i kradzież paru roślinek z porządnie wybujałego ogrodu przyjaciółki. Szybko okazuje się, że ze spokoju nici - do Alicji zwala się tłum niespodziewanych gości, w dodatku w nocy jakiś intruz wypija pół butelki napoleona, spuszcza wodę z ryczącego rezerwuaru i najwyraźniej próbuje przekopać się przez liczne pudła, pudełka i sterty najdziwniejszych rzeczy, by dotrzeć do poupychanych tu i ówdzie przez Alicję kocich worków, czyli kolejowych zgub pochodzących z licytacji...

Kocie worki to coś zupełnie innego od części poprzedniej. Technicznie rzecz biorąc, jest to książka  słabsza, której zabrakło pazura w części kryminalnej. Większość akcji w sumie została raczej przegadana przy stole, niewiele wydarzeń możemy obserwować w trakcie ich faktycznego zaistnienia. Chmielewska utknęła też tu i ówdzie wątek romansowy, on też jednakże rzuca się w oczy niemal jedynie podczas dyskusji wszelakich. A tych dyskusji jest ogrom. Zamiast dynamicznej fabuły mnóstwo tu rozdrabniania się nad szczegółami, które z kryminałem nijak nie współgrają. Mało tego, zauważyłam pewne nostalgiczne powracanie przez autorkę do starych schematów, jak chociażby Marcinek z Harpii, który wraca tu jako Marianek (zmienia się tylko imię).

Jakkolwiek dom Alicji zawsze był zbieraniną rzeczy najprzedziwniejszych, tym razem panuje tam rejwach i zagracenie kosmiczne. Wszystkie skrupulatne wyliczenia narratorki Joanny wprawdzie doskonale oddają to, jak to wszystko wygląda, dodajmy - bawią bardzo porządnie, jednakże autorka stworzyła tak kuriozalne składowisko, że całość traci znamiona jakiegokolwiek prawdopodobieństwa. 

Muszę jednak przyznać, że mimo tych wszystkich niedociągnięć jest to jedna z moich ulubionych książek nie tylko Chmielewskiej, ale w ogóle. Uwielbiam Alicję i jej dom, mimo tego całego przerysowania. Po Kocie worki sięgam przynajmniej raz w roku, zawsze wtedy, kiedy mam potrzebę podniesienia się na duchu i poprawienia sobie humoru. Na jesienne chandry są w sam raz. I doskonale zwalczają niechęć do robienia porządków.

sobota, 15 września 2012

"Krwawa zemsta" - Joanna Chmielewska

Tytuł: Krwawa zemsta
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Klin
Rok wydania: 2012


Różne rzeczy się o najnowszych tytułach spod pióra Chmielewskiej czytało i słyszało. Że to już nie to, że coś się zepsuło, że taśmowa produkcja, że nuda, że masakra, że szkoda zachodu. A o samej Kręci... tfu, Krwawej zemście, że już w ogóle tragicznie, że ile można w jednej książce o tym samym, że i żarty monotonne a niewybredne. Oczywiście, wszystko równolegle do głosów uwielbienia wszelakich. 

Jest sobie zgodne, dziesięcioletnie małżeństwo. Ona zaradna, zorganizowana, bardzo kochająca męża, który żyje we własnym świecie i według własnych ideałów (no bo jak można pobierać pieniądze za swą natchnioną i genialną pracę? Toż to jałmużna!), co Majka oczywiście toleruje, rozumie i w ogóle, raczej Dominikowi generalnie pobłaża. Na dokładkę dwójka dobrze wytresowanych i inteligentnych dzieci. Żyć, nie umierać, choć, doprawdy, Dominik mógłby wreszcie zacząć zarabiać, bo Majce samej nie za łatwo. Wpędza go więc w rzecz dla niego abstrakcyjną, mianowicie zarządzanie domowym budżetem. 
W międzyczasie na horyzoncie, powiedzmy - zawodowym, pojawia się istota o nader rozwiniętych mięśniach w pewnej części ciała, z których to robi nieprzerwany użytek, wyczyniając sztuki iście cyrkowe i rujnując jedno małżeństwo po drugim. 
I choć wydawałoby się, że Dominik łasy na tego typu wdzięki nie był i nie jest, niespodziewanie Kręcidupcia, o, przepraszam - Emilka, upatruje sobie za cel jego i jego mieszkanie. A on, cóż... Majka postanawia ogłuchnąć i oślepnąć, by przeczekać pomroczność jasną w umyśle Dominika. Tymczasem dziwne rzeczy zaczynają się dziać wokół tyłków osób postronnych...

Zdecydowanie nie jest to książka typowa dla Chmielewskiej, przede wszystkim w moim odczuciu dlatego, że osobliwie jest główny wątek uporządkowany, niezabałaganiony i w ogóle klarowny wyjątkowo. Językowo oczywiście Chmielewska wyziera z każdego kąta, jednakże w postaci jedynie podstawowej, bez fajerwerków. Poza prologiem akcja właściwego kryminału rozgrywać się zaczyna gdzieś w połowie tomiszcza, całość jest wyjątkowo dla autorki niespieszna i niezbyt w sumie zaskakująca. Stąd też pewnie te wszystkie głosy krytyczne, bowiem słysząc nazwisko autorki, czytelnik obeznany i rozkochany w jej twórczości z pewnością będzie się spodziewał czegoś zupełnie innego. 
Kryminału w sumie też w tym niewiele. Coś tam się dzieje, ale są to raczej zdarzenia dziwaczne i niezbyt szkodliwe dla otoczenia, co również typowizną nie jest, wszak zwykle trup ściele się gęsto. 

Jeżeli chodzi o mnie - najlepiej niech świadczy fakt, że nie mogłam tej książki odłożyć i, mimo wszystkich powyższych, pokwikiwałam radośnie z uciechy przez większość czasu. Ubawiłam się serdecznie, a chyba nikt nie zaprzeczy, że pisać taki kawał książki o jednym rozkręconym tyłku to nie lada wyczyn. 

czwartek, 6 września 2012

"Sen Zielonych Powiek" - Edyta Szałek

Tytuł: Sen Zielonych Powiek
Autor: Edyta Szałek
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2007


Rzucić wszystko, zostawić rozpacz, zostawić wspomnienia, uciec i zacząć nowe życie. Życie bez pamięci o przeszłości. Spalić za sobą wszystkie możliwe mosty. Przybrać nową tożsamość we własnej głowie. Uciec. 

To właśnie robi Greta. Zostawia za sobą przesiąknięte rozpaczą łóżko, sąsiada z bloku B, nałogowego onanistę, i pielęgniarkę obciętą na jeża z powodu jednego z pacjentów, który gdy miała je dłuższe, złapał ją za nie i mało nie skręcił jej karku. Wychodząc ze szpitala z każdym krokiem zapomina o sobie. O swojej przeszłości. Prosi przyjaciółkę, by spakowała jej rzeczy i przywiozła od matki. Wsiada w pociąg donikąd, z upływem drogi staje się kimś innym. Nie wie nawet, gdzie wysiądzie. Byle zapomnieć. Zapomnieć zielonego, dmuchanego krokodyla i koc w niebieskie koty...

Dwa lata później Greta jest już kimś innym. Pracuje w biurze firmy odzieżowej, mieszka sama w pięknym, uporządkowanym do nieprzyzwoitości mieszkaniu, pozbawionym roślin. Bo przecież nie potrafi hodować kwiatów. Jej dzień wygląda niemal zawsze tak samo: rano kawa z sąsiedniej kawiarenki, praca, film wieczorem. Zaprzyjaźnia się, choć to może zbyt wielkie słowo, z koleżanką z pracy, charyzmatyczną, zdystansowaną Dominiką. W nocy ma koszmary z zielonym krokodylem. 
Któregoś dnia wychodzi na samotnego drinka. Dosiada się do niej Joachim. I od tamtej pory wszystko zaczyna się zmieniać. 

I nie, nie jest to historia miłosna. Greta jest samotniczką z wyboru. Pielęgnuje swoją niezależność i dystans jakby najcenniejszy skarb. Twierdzi, że ją lubi - otacza się skorupą i nie daje nikomu się przez nią przebić. Ta powieść to studium samotności i lęku przed bliskością. Bohaterka nie lubi samej siebie. Na siłę utrzymuje dystans, wewnętrzny chaos wyciszając nieskazitelnym porządkiem w otoczeniu i dbałością o ciało. Każdą próbę bliższego kontaktu torpeduje, odcina się ostro i kategorycznie. I jak na dłoni widać, że jest w głębi duszy cholernie, cholernie nieszczęśliwa. Greta jest postacią tak smutną, że cała jej historia wgniata w fotel. Im głębiej wsiąkałam w tę książkę - a przepadłam! - tym było mi smutniej, tak bardzo żal mi było Grety. 
A zakończenie było, z braku lepszego określenia... wstrząsające. 

Sen Zielonych Powiek to książkowy debiut Edyty Szałek i przyznaję bez bicia, bardzo udany. Powieść niezwykła, inna, oniryczna, napisana piękną, poetycką polszczyzną. Bardzo impresyjna, pełna różnorakich wrażeń - zwłaszcza zapachów. Jedna rzecz mi tylko zgrzytała - zbyt dużo wielokropków, na których nadużywanie mam lekką alergię. I zgrzytała tylko na początku, bo tak wsiąknęłam w świat Grety, tak przepadłam w tej książce, że bardzo szybko straciło to na znaczeniu. 
Piękna, niesamowita powieść.

czwartek, 30 sierpnia 2012

Jacek Hugo-Bader - "Dzienniki kołymskie"


Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2011
Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach...
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE - W ZŁOTYM SERCU ROSJI. 

Ktoś mógłby się zastanowić, czemu zaczynam od fragmentu wydrukowanego na okładce? Zna go każdy, kto choć miał tę książkę w ręku, słyszał jej zapowiedzi albo czytał recenzje. Nie bez powodu, bowiem słowa te najlepiej obrazują to, co Hugo-Bader zawarł w swoich reportażach z podróży po Kołymie. To opowieści o ludziach - mieszkańcach tych zimnych, nieprzystępnych regionów, małych miasteczek rozsianych w tajdze, gdzie tuż pod powierzchnią ziemi nawet w lecie czai się wieczna zmarzlina. Tamtejsi ludzie są jak ich kraina - twardzi i szorstcy. Każdy z nich nosi w sobie jakąś zwykłą-niezwykłą historię, którą autor spisuje dla czytelnika. 

Trakt Kołymski, albo inaczej Trasa, to 2025 kilometrów drogi budowanej przez tysiące zeków - więźniów stalinowskich obozów zagłady, drogi, która stała się ich grobem. Wiedzie przez dzikie, surowe wertepy od Magadanu do Jakucka. Ludzie żyjący tam naznaczeni są piekłem tamtych potwornych czasów, część z nich jeszcze je pamięta. Bo mieszkańców tam coraz mniej - młodzi uciekają na Zachód, w poszukiwaniu lepszego życia. 
Po Trakcie da się podróżować wyłącznie autostopem. To droga bardzo niebezpieczna - zwłaszcza, że nadchodzi zima. Na podwózkę można jednak liczyć - pełno jest paputczików, kierowców, którzy chętnie zabiorą ze sobą podróżnika. Niemal zawsze za darmo. A i często dadzą jeszcze coś od siebie. 
Kołyma to kraina złota - są tam ogromne złoża nie tylko tego cennego kruszcu, ale i innych. To tam odkryto największą na świecie żyłę srebra. Nie jest to łatwe zajęcie, a wielu poszukiwaczy odsyła swe rodziny na Zachód, bo tu żyć bardzo ciężko. 

Hugo-Bader spotyka w swojej podróży wiele niezwykłych postaci. Przez jego reportaże przewija się korowód błatników, a więc typów ze świata przestępczego, przedstawicieli prawa, dawnych zeków, miejscowych oligarchów, a także innych, tych, którzy "Wyspę Kołymę" wybrali na miejsce swojej samotni. 

Reportaże podzielone są na trzy części - Syndrom milczenia, Syndrom pola walki i Syndrom towarzysza podróży. Choć jeszcze na początku książki autor zarzeka się, że nie chce wracać do upiornych czasów stalinowskiego terroru - jest to niemożliwe. Opowieści wielu napotkanych ludzi nierozerwalnie wiążą się z wydarzeniami tamtych czasów. Przewija się gdzieś tam usprawiedliwienie, że historie te należy spisać, bo może być to ostatnia ku temu okazja. Wiele w tym racji. Wystarczy przyjrzeć się, z jaką siłą wracają wciąż do autora chociażby Opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa, które, po lekturze książki Hugo-Badera, stają się pozycją obowiązkową. 
Wład opowiada mi za krzaków, w które runął, idąc się wysikać. Że patrzę na Rosję ze swojego małego, kulawego, europejskiego taborecika i że jak Rosjanie potępią swoją przeszłość, to nic nie zostanie. Historia ich niełatwa. Łatwo obsikać sobie dwa palce – mówi filozoficznie Wład i znowu przewraca się w krzaki.
Jednakże nie tylko o tym opowiadają bohaterowie. Hugo-Bader sięga wgłąb rosyjskiej duszy, odnajdując tam Kołymę taką, jaką widzą jej mieszkańcy, która wyłania się często z oparów szczerości alkoholowej, ale też szczerości towarzysza podróży, obcego, którego nigdy więcej się nie spotka. Kołymę surową, brutalną, twardą jak wieczna zmarzlina, ale jednocześnie dom, jedyne możliwe dla nich miejsce w świecie. Zagłębiając się w lekturze, odnosimy wrażenie podróży w czasie - bowiem im dalej wgłąb tej nieprzystępnej krainy, tym wolniej czas tam płynie. Widać to nie tylko w zacofaniu wielu małych miasteczek, ale też w mentalności ludzi. Przede wszystkim w ich nieufności - sam Hugo-Bader wspomina kilkakrotnie, że nie ma dnia, w którym ktoś nie spytałby wprost, czy jest szpiegiem. 

Chciałabym jeszcze wiele powiedzieć o tym zbiorze reportaży-wrażeń, reportaży-gawęd. Zostawię Wam jednak przyjemność odkrywania wszystkich walorów tych tekstów - krótkich, treściwych i genialnych. 
Jak dobrze, że ktoś spisał wszystkie te historie. 

wtorek, 31 lipca 2012

Wilki bieszczadzkie Marii Nurowskiej - recenzja podwójna

Tytuł: Nakarmić wilki / Requiem dla wilka
Autor: Maria Nurowska
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2010, 2011

Bieszczady to nie miejsce dla każdego. Wymagają wytrwałości, wewnętrznej siły i stalowych nerwów. Zwłaszcza, jeżeli się mieszka w drewnianej chatce na Harhajce i zamierza badać się życie wilków. 

Z takim właśnie celem wyjeżdża w Bieszczady Katarzyna, doktorantka SGGW. W surowych warunkach stacji badawczej, bez prądu i wody, poznaje Marcina i Olgierda. Choć początki nie są najlepsze, między tą trójką zawiązuje się trwała więź, a Katarzyna przeżywa przygodę swego życia, obserwując wilki w naturalnym środowisku. Zżywa się z wilczą rodziną tak silnie, że w jej obronie gotowa jest zrobić wszystko.

Dwa lata później na Harhajkę przyjeżdża Joanna, absolwentka filmówki. Dociera tam tropem znanego reżysera, Jerzego Glinickiego, swojego idola. Marzy o nakręceniu o nim dokumentu. Przypadkiem jednak natrafia na nowy temat - historię Katarzyny i jej wilków. Miejscowi nabierają wody w usta, a Olgierd od razu usiłuje wypędzić ją ze stacji badawczej. Jedynie Marcin jest bardziej otwarty. Stopniowo do Joanny dociera prawda o minionych wydarzeniach. Przy pomocy Glinickiego, który niespodziewanie angażuje się w jej projekt, powstaje scenariusz filmu dokumentalnego, który ma opowiedzieć o Katarzynie i jej wilkach. 

Czytałam te książki jedną po drugiej. Choć było to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Nurowskiej, od razu nasunęło mi się pytanie - czy ona już tak ma? To znaczy, czy zawsze na końcu jest tak smutno? Bohaterki Nurowskiej to kobiety silne i niezależne za wszelką cenę, samotne, zdolne do poświęceń. Fabuła zmusza je do silnych, głębokich przeżyć.

I długo męczyły mnie te powieści, wciąż o nich myślałam - bo Bieszczady, bo wilki, bo trudne charaktery... Autorka wspaniale odtworzyła na tych kartach bieszczadzkiego ducha i tamtejszą nieokiełznaną naturę. Udało się jej stworzyć dla czytelnika wrażenie  uczestnictwa w tym pięknym, lecz także dzikim i groźnym spektaklu przyrody. To powieści tak samo surowe, jak te góry. Promieniuje z nich ten sam ascetyczny urok. 

Wydaje mi się, że Nurowska to pisarka specyficzna, może nie dla każdej czytelniczki (wszak jest pisarką bardzo kobiecą). Jestem pewna, że jeszcze nieraz się z nią spotkam.


Recenzja w ramach projektu Rozmawiajmy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Wyklęte pokolenia" - Janusz Rolicki

Tytuł: Wyklęte pokolenia
Autor: Janusz Rolicki
Wydawnictwo: Nowy Świat
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10

Zawsze lubiłam książki traktujące o życiu polskiej szlachty. Trylogię Sienkiewicza wręcz uwielbiam. Pamiętam, jak z okazji kolokwium z sarmatyzmu zagłębiałam się w książki Tazbira na ten temat. Kiedy usłyszałam o powieści Rolickiego, pojawiła się okazja do dalszego wsiąknięcia w tę tematykę. Bo popatrzcie - zwykle mówi się raczej o XVII, XVIII wieku czy początkach XIX. A nigdy jakoś (choć oczywiście wiem, że taka literatura istnieje) nie spotkałam się z historią z przełomu XIX i XX wieku, czasom nam bliższym, brzemiennym w różnorakie zawieruchy dziejowe.

Wyklęte pokolenia to historia ziemiańskiej rodziny Zabiełło-Krzemieńskich herbu Korczak, wywodzącej się z terenów dzisiejszej Ukrainy, tak licznie przecież zamieszkanych kiedyś przez polską szlachtę. Choć nie jest to typowa saga, akcja powieści obejmuje czasy od 1864 roku po koniec drugiej wojny światowej. Główny wątek skupia się na losach Jaremy Krzemieńskiego, który jako piętnastolatek przeżywa powstańczy epizod i rodziny, którą później zakłada. 

Fabuła jest w zasadzie tylko przyczynkiem do całej wielkiej rozprawy. Przede wszystkim rozprawy historiozoficznej, ilustrującej powolny proces rozpadu polskich rodzin szlacheckich i ich dalsze losy. Wywłaszczenia, wygnania, deklasacja, ucieczki, i próby zachowania (a czasem przede wszystkim odnalezienia) tożsamości i ustosunkowania się do nowej rzeczywistości były przecież doświadczeniem właściwym nie tylko rodzinie Krzemieńskich. Wspaniałe jest w tej książce obiektywne spojrzenie na wszystkie te dylematy. Rolicki wkłada bowiem w usta bohaterów poglądy czasem skrajnie różne, dzięki czemu konfrontacja ich następuje właściwie na bieżąco. Brak tutaj odgórnego oceniania, za to mamy okazję porównać na przykład postawę wojskowych, czynnie biorących udział w procesach decyzyjnych polskiego podziemia, jak i "historiozoficzne dylematy starej baby". 

Książka ta powstała na bazie opowieści i mitów rodzinnych zebranych przez Rolickiego. Spotykamy świat od tej drugiej strony, od strony żywych historii, a nie tylko suchych faktów. Bohaterowie pamiętają bowiem wywózki kibitkami na Sybir - ojciec Maryli jest przecież zesłańcem - by potem usiąść za kierownicą automobilu i dać się powieźć tej dziwnej maszynie. A przecież za chwilę nad głowami zahuczą samoloty, gdzieś obok zagra radio. Krzemieńscy stają się świadkami i kronikarzami przemian, jakie dokonują się w Europie w ich czasie. Chcąc nie chcąc uczestniczą w nich czynnie, stając się trybikiem w wielkiej machinie Historii.

Chwilami książkę tę można czytać jak źródło historycznej wiedzy. Mnóstwo tu informacji, dat, faktów. Pozwala to w znośny, niepodręcznikowy sposób usystematyzować swoje pojęcie o tych niespokojnych czasach. Miejscami jest tego zbyt wiele, co sprawia, że książkę czyta się dość długo i powoli, z przerwami, bo można się nieco zmęczyć. Przeszkadza również jej niestaranne pod względem korektorskim wydanie. Znalazłam bardzo wiele literówek i - co nie powinno mieć absolutnie miejsca - błędów w datach (np. 1998 zamiast 1898). Oczywiście, to zarzut raczej w stronę redakcji, a nie autora.

To są jednak drobiazgi. Powieść jest niesamowicie wciągająca, ciekawa, nasycona kresową polskością, która tworzy wspaniałe obrazy dokumentujące tradycje i kulturę szlachecką tamtego czasu. To obowiązkowa pozycja dla miłośników powieści historycznych, ale nie tylko - warto Wyklęte pokolenia przeczytać, by wciąż poszerzać swoje horyzonty.

Za egzemplarz dziękuję portalowi

czwartek, 29 marca 2012

"Przepis na łapanie motyli" - Ewa Zadara

Tytuł: Przepis na łapanie motyli
Autor: Ewa Zadara
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
Ocena: 6/10
 
Czasami wybór, którzy początkowo uważało się za słuszny, po wielu latach zaczyna ciążyć na sercu. W myślach pojawiają się wszystkie stracone szanse, przegapione okazje, niewykorzystane możliwości. I chociaż życie, które się wiedzie, wydaje się z zewnątrz pełne i satysfakcjonujące - dobra praca, kochający mąż, udany syn - to tylko pozory. Ale czy nie jest już za późno na zmiany? Cóż nowego może się przytrafić starzejącej się już kobiecie, takiej jak Ewelina?

Zarówno ona, jak i jej przyjaciółki coraz boleśniej odczuwają na sobie ciążący upływ czasu.  Każda z nich przeżywa ten okres inaczej. Ewelina, całe życie zachowująca się poprawnie i nienagannie, ma poczucie straty. Jest sfrustrowana i nieszczęśliwa. Wkrótce jednak coś ma się zmienić...

Przyznam się, że spodziewałam się czegoś bardziej typowego dla literatury kobiecej. W tej powieści nie dzieje się wiele. Jest to raczej rozrachunek z przeszłością, własnymi poczynaniami i ludźmi, którzy towarzyszą głównej bohaterce. Sprawia to, że nie jest to najłatwiejsza lektura. To książka dojrzała i wydaje mi się, że także przeznaczona dla dojrzałych kobiet. Mówi bowiem o problemach, które ich właśnie dotyczą, z którymi zmagają się na co dzień. Ja, jako młoda dziewczyna, do tego świata nie należę. Da się jednak dostrzec, że niektóre sprawy pozostają aktualne całe życie - jak chociażby poczucie straconego czasu.

Nie umiałam polubić Eweliny. Chyba nawet wiem, dlaczego - któż z nas lubi osoby wiecznie skwaszone i opryskliwe? Bo ona właśnie taka jest. Takie charaktery budowane są życiowym niespełnieniem, poczuciem zmarnowanej szansy. Jednakże jest dla niej jeszcze szansa. Nawet kiedy wydaje się, że jest już za późno na rozwój zapomnianej już kariery, może pojawić się iskierka nadziei. I nawet starsza kobieta może wciąż podobać się mężczyznom, także młodszym...

Ale nie tylko Ewelina jest bohaterką tej książki. Razem z nią spotykamy inne kobiety, jej rówieśniczki, każda z innym bagażem doświadczeń i spojrzeniem na życie. Niektóre stanowią tło, a inne, takie jak Halina, stają się żywym bodźcem do działania. Są to kobiety z czasów przełomu, znające PRL, w taki czy inny sposób powiązane z "Solidarnością" (od której specjalistką jest przecież Ewelina), teraz odnajdujące się w rzeczywistości wolnego kraju, co czasem nie pozostaje bez znaczenia dla zrozumienia ich światopoglądu. Każda z nich jest silna i wyrazista w powieści, co książkę ożywia i urozmaica.

Wiele tutaj retrospekcji, głębszych przemyśleń, zapatrzeń i urywków rozmów. Sprawia to, że książkę czyta się powoli i uważne. Dobra lektura na spokojny, długi, refleksyjny wieczór.

Za książkę dziękuję wydawnictwu Replika.

sobota, 3 marca 2012

"Pałac tajemnic" - Agnieszka Pietrzyk

Tytuł: Pałac tajemnic
Autor: Agnieszka Pietrzyk
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10
 
Każdy pałac kryje jakąś tajemnicę. Małą lub wielką, zupełnie prozaiczną albo ponurą i mroczną, taką, której może czasami lepiej nie poznać. Jednak kiedy chodzi o podwójne morderstwo i zaginięcie, sprawa natrętnie domaga się wyjaśnienia.

Do barokowego, niszczejącego pałacu w Ponarach, który przekształcono na mieszkania gminne, przyjeżdża Alicja Prus, pisarka kryminałów. Chce napisać powieść o zbrodni, którego dokonano tu kilka tygodni temu i którego dotąd nie udało się wyjaśnić. Wprowadza się do feralnego mieszkania numer siedem, w którym zamordowano rosyjskie małżeństwo Reznikowów, i których córka, kilkunastoletnia Sonia zaginęła. Z rozmów, które przeprowadza z mieszkańcami pałacu, wyłania się coraz mroczniejszy i bardziej zagmatwany obraz tego, co wydarzyło się tamtego dnia. 

Lokatorzy pałacu stanowią w zasadzie cały przekrój społeczeństwa. Są tutaj alkoholicy, ofiary przemocy domowej, drobny gangster z ciężarną dziewczyną, przeciętny niezdara i jego głucha żona, profesor i znana skrzypaczka, jest też tajemniczy samotny mężczyzna i stara Żydówka. Każdy z nich jest inny, zna inne szczegóły i ma odmienne podejrzenia. Alicji pozostaje jedynie dotrzeć do najważniejszego - kto zabił? I gdzie podziała się Sonia?

Autorka miała bardzo dobry pomysł na klasyczny kryminał. Chyba większość z nas pociągają historie, w których kryją się mroczne tajemnice, a takie pałace mają w sobie jakąś moc przyciągania. Powiem więcej - książka ta nadaje się według mnie do przetworzenia na filmowy scenariusz. Mam nawet wizję, jak mogłoby to wyglądać. Mógłby powstać naprawdę interesujący obraz. 

Dlaczego więc moja ocena wygląda właśnie tak? Cóż... Długo zastanawiałam się, jak ocenić tę książkę. Chociaż pomysł według mnie jest naprawdę, naprawdę dobry, zawiodła nieco jego realizacja. Mam poczucie, że powieść ta jest nierówna stylistycznie. Fragmenty relacji mieszkańców pałacu są w większości udane. Autorka starała się indywidualizować język bohaterów zgodnie z ich pozycją społeczną. Wypowiedzi te są żywe, potoczyste, dynamiczne. Dzięki temu historia nabrała znamion realizmu. Jednakże mocno zgrzytały mi pozostałe fragmenty. Wydały mi się toporne, pisane suchymi, krótkimi zdaniami. Brakowało mi tam przymiotników i przecinków. Czytałam jednak wcześniej inne recenzje tej książki i spotkałam się z bardzo pozytywnymi opiniami o języku tej powieści. Może więc to po prostu kwestia gustu? Mnie to jednak dość przeszkadzało i utrudniało skupieniu się na narastającym napięciu. 

Dobrze wyszło pani Pietrzyk równoważenie głównej akcji wątkiem pobocznym - jest wpleciony znakomicie, nie przesycony ani zbyt skromny. Dzięki niemu Alicja staje się postacią z osobowością, z jakąś historią, w toku jej śledztwa bowiem jest ona zupełnie przezroczysta.

To niezbyt długa książka, w sam raz na wolny wieczór, by oderwać się od nijakiej rzeczywistości i zanurzyć w zieloności i jeziora Mazur. I muszę przyznać, zostając sama w domu po jej lekturze czułam się nieco nieswojo... ;-)

Za książkę dziękuję Replice.

czwartek, 29 grudnia 2011

"Szafa" - Olga Tokarczuk

Tytuł: Szafa
Autor: Olga Tokarczuk
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2005
Ocena: 10/10
 
Bardzo trudno jest napisać coś o książeczce, która zawiera trzy opowiadania i ma zaledwie 63 strony. Jednakże bardzo chciałabym się nią z Wami podzielić, ponieważ jest to jeden z najpiękniejszych według mnie fragmentów naszej rodzimej literatury. Fragment niezwykle fascynujący, ciepły, przesiąknięty jakąś niezwykłą magią, a jednocześnie niepokojący i żywo pobudzający wyobraźnię; fragment, którego nie wystarczy przeczytać raz. Do mnie on zawsze wraca, prędzej czy później, każe się znów i znów czytać, przesiąkać do swojej rzeczywistości, zamknąć się w nim choć na chwilę, woła mnie tak, jak tytułowa Szafa przyzywa bohaterkę opowiadania. Zmusza do tego, by choć na krótką chwilę przysiąść, tak jak pokojówka na krawędzi łóżka w pokoju hotelu "Capital" w Numerach, by wsłuchać się w śpiewne wyliczanki, podobne do tych, które padają z ust żony D., buddystki, w opowiadaniu Deus ex - wirujące wyliczanki słów, dźwięków, obrazów, różnorakich myśli.

Nie sposób ukryć, że nie jest to proza łatwa. Muszę przyznać, że choć zwykle czytam bardzo szybko, często przemykając po prostu wzrokiem po tekście, przy Tokarczuk tak zrobić nie wolno. Powiem więcej - jej tak czytać nie sposób. To proza smaczna, wysublimowana, zobowiązująca do delektowania się każdym słowem z osobna, tak, jak robi to autorka. Opowiadania te przesycone są niejako mgiełką egzystencjalnej filozofii. Słowa przenikają się wzajemnie, jakby dziwią się sobie, spotykając się w konfiguracjach nowych, świeżych i nietypowych. Autorka stawia przestrzeń pod znakiem zapytania, przemeblowuje ją za pomocą słów, czasem stwarza od nowa, zmuszając czytelnika do zatrzymania się, zastanowienia, uświadomienia sobie tego, o czym mówi. Odkrywamy wtedy, że opisywana przez nią rzeczywistość to ta codzienna, której doświadcza każdy z nas. Ukrywa się ona pod warstwą słów niezwykle poruszających wyobraźnię, przez co staje się czymś całkowicie niezwyczajnym, zupełnie nowym doświadczeniem. Na okładce wydawca napisał, że pełne magii i poezji opowiadania Olgi Tokarczuk przenoszą nas w niezwykłe światy, gdzie fantazja sąsiaduje z mitami, a przedmioty mają własne prawa. To prawda. Przedmioty stają się osobnym, żywym istnieniem, otrzymują duszę, moc przechowywania kształtów, kolorów, zapachów, wrażeń, emocji i obrazów. Stają się symbolem wieczności w światach, w których przemijają ludzie, zdarzenia, sekundy i miesiące. Są niemymi świadkami ludzkich historii, a pod piórem Tokarczuk zaczynają je opowiadać.

Najgorzej jest z kobietami. (…) One instynktownie próbują przerabiać hotelowe pokoje na namiastki domów. Ukorzeniają się, gdzie tylko mogą, jak niesione wiatrem nasiona. W hotelowych szafach wieszają jakieś zapiekłe tęsknoty; w łazienkach, w sposób bezwstydny, zostawiają swoje pożądanie i opuszczenie. (Numery)

Czytałam tę książkę z ołówkiem w ręku. Zaznaczyłam bardzo wiele fragmentów, czasem krótkich, składających się z kilku słów, a czasem takich zajmujących pół strony. Gdybym chciała się podzielić nimi wszystkimi, pewnie po prostu przeczytałabym Wam całość. Pozostawię ją jednak Wam, bo to proza, którą cudownie jest odkrywać samemu, na własną rękę błądzić i odnajdywać się pomiędzy słowami. Być może będzie to trudne, ale wierzcie mi - warto.

czwartek, 24 listopada 2011

"Kwiat kalafiora" - Małgorzata Musierowicz

Tytuł: Kwiat kalafiora
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Rok wydania: (1981)
Ocena: 9/10
[audiobook]
 
Był w moim życiu taki moment, że w Jeżycjadzie zaczytywałam się namiętnie. To było pod koniec podstawówki, miałam dziesięć, może jedenaście lat. Biegałam po lekcjach do szkolnej biblioteki, brałam trzy tomy z serii, czytałyśmy je razem z mamą na wyścigi, a następnego dnia odnosiłam je i porywałam następne. Kiedy docierałyśmy do ostatniej części, następnego dnia zaczynałyśmy od początku. 
Wychowywałam się na książkach pani Małgorzaty, uwielbiałam bezgranicznie, całym sercem, nieodwołalnie. PRL zawsze wyobrażałam sobie taki, jaki opisywała. Gorąco pragnęłam cofnąć się w czasie i widzieć świat taki, w jakim istnieli jej bohaterowie, którzy stanowili dla mnie niemal drugą rodzinę. Kiedy jednak skończyłam pierwszy etap mojej wędrówki przez meandry edukacji, nadszedł czas na inne książki. Przeprowadziłam się w międzyczasie do Poznania i podjęłam studia. Nie będę ukrywać - to, że wybrałam właśnie to miasto, nie było przypadkiem ;-) Teraz, kilkanaście lat później, niespodziewanie nieco, Jeżycjada znów u mnie zagościła. Tym razem w formie audiobooka. I przyznam szczerze, że jestem nieco oszołomiona...

Kwiat kalafiora to trzecia część cyklu. Opowiada przede wszystkim o siedemnastoletniej Gabrysi Borejko. Historia zaczyna się w sylwestra 1977 roku. Gaba, dziewczę wysokie, krzepkie i zdrowe, postanawia w ten wieczór przeistoczyć się, niespodziewanie dla samej siebie, w romantycznego motyla i wybrać na prywatkę do kuzynki Joanny. Z zabawy wyciąga ją nagły, alarmowy telefon, którego powód postawi na głowie całe dotychczasowe życie w jednym z mieszkań secesyjnej kamienicy przy Roosevelta... Oto nagle na barki Gabrieli spadają wszystkie obowiązki pani domu, z upilnowaniem młodszych sióstr na czele. A jeszcze trzeba wykaraskać się jakoś z dwói z fizyki, dogadać z pewnym Januszem i poradzić sobie z wyjątkowo niesympatyczną i napastliwą sąsiadką.

Tak, znam tę książkę na pamięć od lat. Postanowiłam umilić sobie audiobookiem czas, który spędzałam przy sprzątaniu, zmywaniu, gotowaniu, robieniu zakupów i innych czynnościach, wymagających zaangażowania patrzałek. A że był to mój pierwszy raz z taką formą lektury, postawiłam na coś dobrze mi znanego. I wiecie co?
Jestem zachwycona. Zawsze czułam się wzrokowcem, toteż dźwiękowy odbiór powieści jakoś mnie nie przekonywał. Tymczasem to wspaniały sposób, który przez "czytanie" uszami pozwala na zaoszczędzenie mnóstwa, mnóstwa czasu, zapoznania się z jeszcze większą ilością książek i który jest niesamowicie wygodny. Nie znoszę zmywać naczyń, ale z książką w uszach jest o wiele, o wiele przyjemniej. 

A jaki jest Kwiat kalafiora? Cudowny. To ciepła, rodzinna powieść, zarówno dla dorastających dziewczyn, jak i ich matek, babć czy ciotek. I wiem, że istnieją na tej planecie mężczyźni, którym też się podobała. 
Jeżycjada to cała galeria wyrazistych, wspaniałych postaci, których nie da się nie pokochać. Do tego jeszcze niezwykła sprawność językowa autorki jest miodem na moje filologiczno-korektorskie serce. 
Owszem, nietrudno jest przewidzieć przebieg większości wydarzeń. Ale to nie ma znaczenia, bo kiedy czyta się Musierowicz, wszystko w środku rozgrzewa się tak przyjemnie, świat robi się od razu bardziej kolorowy i przytulny.
I od razu bardziej kocha się Poznań, dziś zakorkowany, rozkopany i pogrążony w chaosie. W dodatku to wspaniałe uczucie - znać z własnej codzienności ulice, którymi chadzali Borejkowie i na których toczyły się eksperymenty grupy ESD czy przesiadywać godzinami w bibliotece, w której pracował Ignacy. Chyba znów popadłam w Jeżycjadowy ciąg. I bardzo mi z tym dobrze!

czwartek, 27 października 2011

"Natalii 5" - Olga Rudnicka

Tytuł: Natalii 5
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
ISBN:  978-83-7648-682-6
Ocena: 10/10 
Po przeczytaniu pierwszej recenzji tej książki już wiedziałam, że muszę, po prostu muszę, choćby nie wiem co, dorwać się do niej i przeczytać. Szczęśliwie podczas akcji wymiankowej Czytelniska na nią trafiłam - leżała i czekała tam na mnie ;-) Co mnie skusiło? Sama do końca nie wiem. Na pewno przewijające się gdzieniegdzie porównania z Chmielewską miały znaczenie. Ale poza tym...? Cóż. Magnetyzm jakiś.  
Ale po kolei.
Jarosław Sucharski, pośrednik w handlu dziełami sztuki, dowiaduje się, że ma guza mózgu. Porządkuje więc swoje sprawy - spienięża majątek, pisze testament, zostawia odpowiednie instrukcje oraz depozyty u notariusza i... pieczołowicie przygotowuje swoje samobójstwo, zgłaszając je nawet na policję. Kiedy mundurowi docierają na miejsce, rzeczywiście znajdują denata. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście zabił się sam, ale... Coś tu nie do końca pasuje. 
Ale to nie jest największy problem. Oto bowiem notariusz zobowiązany jest wezwać do siebie spadkobierców pana Sucharskiego, a w zasadzie spadkobierczynie... 
Jest ich pięć. Zupełnie innych. Z różnych miast, w różnym wieku, z różnymi pozycjami społecznymi... Łączy je właściwie jedynie fakt, że wszystkie nazywają się tak samo. A, i ojciec, oczywiście. 

Właściwie połknęłam tę powieść. Choć ma ponad 550 stron, zajęła mi jedno przedpołudnie. I jestem zachwycona! Przede wszystkim - rewelacyjny pomysł na powieść. Olga Rudnicka wymyśliła niebanalną, oryginalną historię, intrygę na poziomie mojej ukochanej Chmielewskiej. Samo prowadzenie akcji jednak było zupełnie, zupełnie inne, co, ma się rozumieć, wyszło autorce tylko na dobre. Choć akcja toczy się naprawdę szybko (o co się nieco obawiałam, zważywszy na objętość książki), nie ma tego charakterystycznego dla pierwszej damy polskiego kryminału bałaganu. Owszem, dzieje się dużo, gęsto, szybko i po wariacku - ale wszystko jest jasne, czytelne i klarowne. U Chmielewskiej często trzeba czytać jakiś fragment kilka razy, by załapać, o co w tym wszystkim biega.
Każda Natalia ma swój charakterek, co sprawia, że powieść jest barwna, dynamiczna i przezabawna. Chociaż spotkałam się z różnymi zarzutami, przykładowo dotyczącymi chociażby, ujmijmy to dyplomatycznie, schematyczności dialogów, mam ochotę machnąć na nie ręką. Dla mnie ta książka to perełka, wspaniały antydepresant - nie tylko na mokre, jesienne dni. Uchachałam się niesamowicie!

czwartek, 20 października 2011

"Cisza pod sercem" - Monika Orłowska

Tytuł: Cisza pod sercem
Autor: Monika Orłowska
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
ISBN:  ISBN 978-83-7674-137-6

Książka wyróżniona w Ogólnopolskim Konkursie Literackim ŚWIAT KOBIETY.

Czasem nie wszystko układa się zgodnie z planem. Zamiast cudu narodzin, tego największego cudu okupionego nieziemsko długim oczekiwaniem, nadzieją i bólem, zamiast ogromnej radości, jaką może odczuwać tylko kobieta obdarzona darem macierzyństwa, dzieje się tragedia. Utrata oczekiwanego dziecka jest chyba jednym z najbardziej traumatycznych przeżyć, jakiego można doświadczyć. W naszej kulturze to wciąż silnie zakorzenione tabu. To całkowicie zrozumiałe – tak naprawdę nikt nie wie, co przeżywa matka po stracie. Nie wiadomo, jak właściwie się wobec niej zachowywać, co mówić, jak ją traktować. Strach przed konfrontacją potrafi być tak silny, że taka kobieta zostaje zupełnie sama ze swoją tragedią, niezrozumiana, niewysłuchana, opuszczona. Nie może liczyć na wsparcie nawet ze strony najbliższych. A kolejne próby zajścia w ciążę nieodmiennie przynoszą ogromny lęk przed tym, co może się wydarzyć.

Właśnie w takiej sytuacji spotykamy cztery bohaterki książki Moniki Orłowskiej. Jedna z nich, Anna, zakłada wątek na internetowym forum. Szuka kobiet w podobnej sytuacji, próbuje zorganizować coś w rodzaju grupy wsparcia. Szybko trafiają tam inne matki po poronieniu. Zawiązuje się między nimi więź. Choć nie znają się w realnym świecie, stają się dla siebie drugą rodziną, często dając sobie wzajemnie o wiele więcej wsparcia i nadziei, niż mogłyby uzyskać od najbliższych sobie osób – rodziców, partnerów, przyjaciół. Forum pomaga im uporać się z traumą i ruszyć dalej z miejsca, życie bowiem toczy się dalej.
Użytkowniczki forum bardzo różnią się od siebie. Anna jest księgową, zachowawczą katoliczką, Dominika – niezależną, nowoczesną kobietą, tłumaczką hiszpańskiego. Mariola to bardzo młoda, infantylna kobietka z wielkim apetytem na życie. A Ewa to artystka, emigrantka, której życie wymyka się spod kontroli. Wszystkie pragną, by ich marzenie o macierzyństwie się wreszcie spełniło.

Przyznam szczerze, że początkowo spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Czegoś… bardziej typowego dla literatury kobiecej. A ta historia wbiła mnie w fotel. Autorka porusza niewiarygodnie trudny temat, w dodatku radzi sobie z tym doskonale. Nie ma tutaj zbędnego patosu, umartwiania się, sztucznego wyciskania łez. Tekst broni się sam, bez tych wszystkich elementów. To świetnie napisana książka, naprawdę dobra warsztatowo. Każda z bohaterek posługuje się własnym, indywidualnym stylem wypowiedzi. Uwagę przyciągają charaktery tych kobiet – każda ma inną osobowość, inny sposób myślenia, radzenia sobie z emocjami. To pomaga zrozumieć postawy bohaterek – każda bowiem inaczej reaguje, inaczej przeżywa swoją traumę i reakcje otoczenia. Trzeba także wspomnieć o tym, jak ta powieść wpływa na emocje odbiorcy. Opisując wszystko w prostych słowach, autorka trafia w sedno najważniejszych spraw tutaj poruszanych. Wzrusza, wstrząsa, wzbudza ogromne współczucie. Ale nie zapomina również o tych dobrych odczuciach. Jest tutaj miejsce na relaks, śmiech, zabawę i nadzieję.  To niewątpliwie najważniejsze zalety tej książki.

Powieść Moniki Orłowskiej zmusza do zastanowienia się, wczucia się w sytuację każdej z bohaterek. Jednocześnie inspiruje i daje nadzieję. Pokazuje, że nawet po takiej tragedii życie matki ma ciąg dalszy – niezależnie od wszystkiego udowadnia, że można po wszystkim ruszyć z miejsca.
Na pewno każda kobieta odczuje lekturę tej książki inaczej, w zależności od swojej sytuacji życiowej. Dla matki takiego utraconego dziecka to może być ogromny wstrząs. Jak kamyczek wywołujący lawinę, ta powieść może obudzić wszystkie wspomnienia czy ogromny ból towarzyszący stracie. Kobieta, która szczęśliwie uniknęła takiego losu, pewnie także będzie przeżywać tę historię bardzo silnie. A taka, która zakładanie rodziny ma dopiero przed sobą? Może się przestraszy, a może zastanowi nad sensem macierzyństwa i wszystkim, co się z tym wiąże. Niezależnie jednak od tego, to bardzo dobra, wartościowa lektura.

Za możliwość przeczytania dziękuję wydawnictwu Replika.