Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 września 2012

"Dziewczyna o szklanych stopach" - Ali Shaw

Tytuł: Dziewczyna o szklanych stopach
Autor: Ali Shaw
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2009

Swego czasu było bardzo głośno o tej książce. Spotkałam się z wieloma głosami zachwytu nad wyobraźnią tego młodego brytyjskiego pisarza. O samej zaś Dziewczynie o szklanych stopach mówiono, że to powieść niezwykła, ekscentryczna i wspaniała. Było także kilka głosów pełnych nie tyle krytyki, co... rozczarowania. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym, widząc tę powieść na wyprzedaży w Matrasie, nie zabrała jej do domu. 
Ale czy te wszystkie achy i ochy są słuszne, czy może jednak moje oczekiwania były zbyt wysokie?

Cała ta historia dzieje się na zapomnianej przez świat wysepce. To dom Midasa, dziwaka i odludka, którego największą pasją jest fotografia i który zupełnie nie potrafi współistnieć z ludźmi. Którego dnia podczas swej wędrówki w poszukiwaniu doskonałego światła spotyka Idę, dziewczynę tak szarą i bladą, że aż monochromatyczną - w jego oczach jest doskonałym obiektem fotograficznym. Jednakże żadne zdjęcie, które jej robi, nie jest udane. Dziewczyna go intryguje. Ida ma chore stopy - nosi wiele warstw skarpet i olbrzymie buciory po ojcu policjancie. Kuleje, porusza się o lasce, jest blada i wymizerowana. 
Wkrótce Midas i Ida zbliżają się do siebie. Baaardzo powoli, bowiem Midas nie potrafi postępować z kobietami i ucieka w wyniku każdej próby zbliżenia. W grę wchodzą upiory z jego przeszłości, jego rodzice i ich chore w pewien sposób relacje. Ich więź kuleje niemal tak, jak dziewczyna. W międzyczasie odkrywa prawdziwy problem - jej stopy zamieniają się w szkło.

Przyznajcie - niezwykły pomysł z tym szkłem, prawda? Egzotyczny, nietypowy, właściwie wykorzystany stworzyłby powieść, która zapadałaby w pamięci na długo, która pobudzałaby każdą cząstkę wyobraźni czytelnika. 

Tu się niestety nie udało. Nie mówię, że ta książka jest do kitu - bo nie jest. Czytało się ją przyjemnie, szybko, bez oporów. Dałam się wciągnąć i łyknęłam ją ekspresowo. Tylko że oczekiwałam dużo, dużo więcej. 

Relacje między niemal wszystkimi bohaterami są ułomne, okaleczone w jakiś sposób, diabelnie kruche i wymagające. Każdy zmaga się z własną, prywatną katastrofą, na różnym gruncie. Nikt  chyba w tej powieści nie jest w stanie poczuć się szczęśliwy. Wspaniałą, mądrą postacią jest siedmioletnia córeczka przyjaciela Midasa - ale nawet ona naznaczona jest nieszczęściem. Sama wyspa, miejsce wydarzeń, też jest ułomna, przeklęta. Wszystko to robi duże wrażenie i skłania do myślenia. 

Wrażenie to zostaje zepsute właśnie przez główny wątek, wątek szklanych stóp i głębia całej powieści się spłyca. Muszę przyznać, że gdyby nie to, gdyby nie ten fantastyczny pomysł, książka podobałaby mi się o wiele bardziej, na zasadzie: albo fantastyczna historia dziewczyny zamieniającej się w szkło, albo "obyczajowa" opowieść o ludziach. Tutaj odnoszę wrażenie, że jest tego po prostu za dużo.

Niemniej zachęcam do czytania - lektura przyjemna, inna, ciekawa, mimo mojego marudzenia warta uwagi. Może zwyczajnie miałam zbyt wysokie wymagania?

niedziela, 20 listopada 2011

"Letni Domek" - Marcia Willett

Tytuł: Letni Domek
Autor: Marcia Willett
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10
 
Chyba każdy marzył kiedyś o miejscu, w którym mógłby odpocząć od zgiełku, problemów życia codziennego, szalonego miejskiego pośpiechu. O, albo zamieszkać gdzieś na wsi. Mieć mały domek z ogródkiem, ciszę, zieleń wokół, sąsiadów-przyjaciół. I jednocześnie być blisko ludzi, których bardzo się kocha. 
Ja mam takie marzenie, już od lat. I czytając tę powieść gdzieś w środku poczułam przez ułamek sekundy, że ono się spełniło.

O czym jest ta historia? Matt, młody pisarz po fantastycznym debiucie, szuka natchnienia. Wciąż dręczy go jednak pisarska bezpłodność, a w dodatku odkrywa, że nie wie wszystkiego o swojej rodzinie, dawno już rozbitej. Wcześnie stracił ojca, korespondenta wojennego. Matka po jego śmierci zaś załamała się zupełnie, tracąc rozum. Matt wychowywał się więc razem z siostrą, Imogen, pod opieką ciotki Lottie - słodkiej, kochanej osoby. 
Teraz Matt mieszka w Londynie, a Lottie, razem z przyjacielem, starym Milo, mieszkają właśnie na wsi. Tuż obok ich Rezydencji, na tej samej posesji, stoi właśnie Letni Domek.

Długo zbierałam się do lektury, niewiele krócej czytałam, a teraz długo zastanawiam się nad tym, co właściwie powinnam napisać o Letnim Domku. Bo uczucia mam w zasadzie nieco mieszane, przy czym wynika to raczej z moich gustów czytelniczych niż z jakości książki, bo tej nie można jej odmówić.

Jeżeli szukacie wartkiej akcji, dreszczyku niepokoju, zawikłania trudnego do wyjaśnienia - tutaj tego nie znajdziecie. Owszem, zdarzają się konflikty, tajemnice, kłopoty - ale wszystkie przemijają jak zły sen. Ta powieść niesie ze sobą zupełnie inną wartość. To historia rodzinnego ciepła, pięknych relacji między bliskimi sobie ludźmi. Lektura wspaniale koi skołatane nerwy i odpręża, pozwala zapomnieć o zgiełku życia codziennego, rozmarzyć się i uśmiechnąć spod ciepłego koca i zza kubka kakao.

Skąd więc u mnie taka ocena? Chyba właśnie z powodu mojego gustu. Mimo wszystko lubię, kiedy dzieje się dużo i szybko. Letni Domek to bardzo miły przerywnik między takimi właśnie książkami, jeżeli więc ktoś lubi takie kojące, ciepłe, przyjazne powieści, to gorąco polecam. Nie ma tutaj żadnych fajerwerków, życie toczy się spokojnym, szerokim rytmem, jak leniwa rzeka, której donikąd się nie spieszy. I według mnie to jest największy czar tej książki - pomaga znaleźć chwilę spokoju w tym zabieganym świecie.

Za Letni Domek dziękuję bardzo wydawnictwu Replika.

 

piątek, 11 listopada 2011

"Dom kości" - Graham Masterton

Tytuł: Dom kości
Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-76741-24-6
Ocena: 9/10

Aż wstyd się przyznać, ale to moje pierwsze spotkanie z Mastertonem. Z pewnością jednak nie ostatnie. Dom kości wciągnął mnie niesamowicie, na szczęście tylko w przenośni... 

Ale po kolei.
Johna, osiemnastolatka z jednym małym syfkiem koło nosa, życie zmusza do podjęcia nowej pracy w firmie zajmującej się handlem nieruchomościami. Już w pierwszy dzień chłopak naraża się szefowi, panu Vane. Zostawiony bowiem sam w biurze, ulega natarczywemu klientowi, wydając mu klucze do jednego z domów. Szybko okazuje się, że popełnił błąd - dom bowiem figuruje na specjalnej liście pryncypała, liście ofert, którymi zajmuje się osobiście, a do których inni nie mają prawa dostępu.
Następnego dnia okazuje się, że klient, któremu John wydał klucze, zaginął w tajemniczych okolicznościach. Równocześnie w wiadomościach podają informację o budynku, w którego ścianach podczas wyburzania znaleziono kilkadziesiąt ludzkich szkieletów. Chłopak szybko kojarzy fakty - ten dom również znajduje się na liście pana Vane'a...

Jedyne, czego żałuję po lekturze, to fakt, że ta książka jest taka krótka. Czyta się ją szybko, akcja jest bardzo dynamiczna, wciąż coś się dzieje. Autor po mistrzowsku dawkuje napięcie, a skoro mnie skóra cierpła i serducho waliło - to znaczy, że książka jest rewelacyjna. Jedna z najbardziej trzymających w napięciu historii, jakie czytałam ostatnimi czasy. To jest fascynujące, takie przetworzenie najgorszych koszmarów, jakie może wytworzyć nasz umysł, i stworzenie z tego genialnej powieści grozy. 

A na deser do książki dołączone są trzy opowiadania - Szara Madonna, Kształt bestii oraz Pośpieszny Potwór. Nie będę przybliżać ich treści, powiem tylko, że robią ogromne wrażenie. W końcu trudną sztuką jest zmieścić na niewielu stronach tyle grozy i przerażającego napięcia, że później trudno zasnąć...

Na koniec jeszcze mała zapowiedź - już za jedenaście dni na rynku, nakładem wydawnictwa Replika,  pojawi się nowa książka Mastertona - Krzywa Sweetmana. Miałam okazję zapoznać się z nią, niestety bardzo pobieżnie. I nie mogę się doczekać, aż przeczytam ją porządnie ;-)
Za Dom kości dziękuję bardzo wydawnictwu Replika.

niedziela, 23 października 2011

"Filary ziemi" - Ken Follett

Tytuł: Filary ziemi
Autor: Ken Follett
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2007
ISBN:  978-83-7359-596-5
Ocena: 9/10

XII-wieczna Anglia. Klasztor w Kingsbridge otrzymuje nowego przeora. Młody Phillip, zdolny, obrotny i zaradny mnich, pragnie zbudować katedrę. Nie jest to jednak łatwe zadanie. Brak środków, przetaczająca się przez cały kraj wojna domowa, konflikty religijne i spory o sukcesję nie stwarzają ku temu dogodnych warunków. Do tego dochodzą jeszcze nieprzyjaciele na własnym poletku - biskup oraz sprzymierzony z nim lord Wiliam Hamleigh, hrabia Shiring, podstępny morderca i gwałciciel. 
Szczęśliwie na drodze Phillipa pojawia się Tom - bezrobotny budowniczy, który marzy o budowie katedry. Nie jest sam - choć stracił żonę, towarzyszą mu dzieci - mała Martha i Alfred, toporny, brutalny wyrostek, Ellena - tajemnicza kobieta, posądzana o czary - oraz jej młodziutki syn, Jack, uzdolniony rzeźbiarz, który nade wszystko pragnie dowiedzieć się prawdy o swoim ojcu. Kiedy jeszcze do tego dorzucimy piękną Alienę, którą Hamleigh pozbawił ojca i ziemi, oraz jej brata Richarda - mamy rewelacyjną książkę. 

Chociaż bardzo nie lubię tego określenia, muszę przyznać, że to epicka powieść. Cała plejada mocnych, wyrazistych bohaterów z obu stron barykady, dzieje czterdziestoletniej budowy katedry i Historia w tle; wszystkie te elementy tworzą powieść, od której nie można się oderwać. Choć ma ona ponad 800 stron i często jest określana jako saga, czyta się bardzo szybko. Akcja toczy się błyskawicznie, wszystkie wątki prowadzone są żywo, sprawnie i dokładnie. Często przy tak monumentalnych tekstach autor się gubi - zapomina dokończyć pewnych epizodów, postaci, wydarzeń. Tutaj czegoś takiego nie ma, wszystko jest na swoim miejscu.
Podoba mi się sensacyjność akcji. Follett wcześniej zajmował się pisaniem thrillerów, pewne nawyki z pewnością u niego pozostały. Jednakże to tylko dodaje książce dynamiki, a to olbrzymia zaleta przy tak obszernej powieści. Dużym plusem jest także język - prosty, czytelny, niearchaizowany ani nie uwspółcześniany na siłę. Można by wręcz powiedzieć, że jest przezroczysty, dzięki czemu książka jest naprawdę przyjemna w lekturze.
Co mi przeszkadzało? Wszystko wolno się rozkręca. Naprawdę, pierwsze pięćdziesiąt stron czytałam trochę na siłę, podbudowana nieco zapewnieniem mojej mamy, że potem jest rewelacyjnie. Miała rację! Ale za ten rozwlekły, nieco zamulający początek nie mogłam dać pełnej dziesiątki. 
Przy lekturze też trzeba pamiętać o jednym - mimo że jest to powieść historyczna, przedstawione w niej wydarzenia nie są wierne, nie można więc traktować jej jako źródło. Ale co z tego, jeżeli książka jest po prostu fantastyczna?

Na zakończenie dodam jeszcze, że Follett napisał kontynuację tej historii - Świat bez końca. Nie czytałam jeszcze, ale jestem pewna, że gdy tylko wpadnie mi w ręce, przeczytam. 

piątek, 14 października 2011

"Czekolada" - Joanne Harris

Tytuł: Czekolada
Autor: Joanne Harris
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2000
ISBN:  ISBN 83-7255-510-9
Moja ocena: 9,5/10

Pewnego dnia w małym, prowincjonalnym Lansquenet uchyliły się nieco bramy do raju. Oto stara, opuszczona piekarnia na rynku otrzymała nowe, niezwykłe życie. Budynek wynajmuje kobieta, której w miasteczku nikt nigdy wcześniej nie widział. Vianne Rocher i jej kilkuletnia córka, Anouk, otwierają tam sklep z czekoladą.
Mieszkańcy początkowo podchodzą nieufnie do tajemniczej Vianne. W dniu otwarcia niektórzy z nich nieśmiało zachodzą do La Praline, gdzie, ku ich zdumieniu, kobieta wręcza im w prezencie ich ulubione słodycze, zupełnie jakby odgadywała ich pragnienia. Vianne szybko zaskarbia sobie przyjaźń kilku z nich, a sklep dorabia się stałych bywalców. Jednak nie przez wszystkich kobieta jest tam mile widziana. Proboszcz Reynaud bardzo szybko nabiera podejrzeń, które powoli urastają do niemal obsesyjnej niechęci. Nie jest w tym sam. W ciągu kilku tygodni życie w miasteczku zmienia się, a Vianne może mieć spore kłopoty, by urządzić dla miejscowych dzieci wielkanocny festiwal czekolady.

O rany, kochani, to najsmaczniejsza, najbardziej aromatyczna powieść, jaką czytałam kiedykolwiek. Jestem czekoholikiem na odwyku, a tam skaczą po stronach czekoladowe zajączki, biegają czekoladowe białe myszki, dzwonią czekoladowe dzwonki, turlają się czekoladowe jajka... Można oszaleć, tak się smacznie robi!
A spoza czekolady wyłania się niezwykła historia. Vianne zdaje mi się oazą spokoju, jakimś eterycznym zefirkiem, kobietą mądrą i piękną. Ma jakiś taki niezaprzeczalny urok - i nie chodzi jedynie o jej kulinarne (i nie tylko) umiejętności. Równoważą ej osobowość stali bywalcy czekoladziarni - Guillaume i jego smutny pies, impretynencka i uparta Armande, Josephine, która pięknie rozkwita na kartach powieści, rudy Roux, paranoiczny Reynaud... Słowem, cała plejada doskonale zarysowanych postaci, żywych, barwnych, ciekawych. Do tego całkiem zaskakujące zakończenie.

[spojler]
Porusza się w tej książce ciekawy problem - a mianowicie dominację Kościoła nad życiem mieszkańców miasta. Harris prezentuje obraz księdza, który rości sobie pełne prawo do kontrolowania wszystkiego i wszystkich, decydowania o ich losie i poczynaniach. Fabuła jest w tym kontekście zdecydowanie antyklerykalna, czemu trudno się jednak dziwić. Ksiądz Reynaud jest jednak postacią skrajną, nawet nieco przerysowaną, trzeba wziąć to pod uwagę.
[/spojler]

Zachwycił mnie język Joanne Harris. Powieść czyta się lekko, szybko,  delikatnie - historia po prostu przewija się przed naszymi oczyma z całą gamą swoich subtelności. Czujemy smaki, zapachy, widzimy kolory, wnętrze La Praline,... Słowem, piękna książka.

środa, 28 września 2011

"Zawsze przy mnie stój" - Carolyn Jess-Cooke

Tytuł: Zawsze przy mnie stój
Autor: Carolyn Jess-Cooke
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2011
ISBN:  978-83-7515-137-4
Moja ocena: 10/10
Skończyłam czytać tę książkę pięć minut temu i poczułam, że muszę teraz, natychmiast, absolutnie natychmiast wygadać się na jej temat. 
Przypuszczam, że nigdy nie sięgnęłabym po nią tak bez powodu, sama z siebie. Hasła typu "międzynarodowy bestseller" też mnie raczej nie przyciągają. Natknęłam się jednak na kilka w moim odczuciu konstruktywnych recenzji - skrajnych, od bezgranicznego zachwytu po miażdżącą krytykę. W efekcie jakoś na początku lata wyniosłam jeden egzemplarz z empiku. Jednak dopiero wczoraj wieczorem zaczęłam czytać.

Oto Margot po swojej śmierci zostaje Aniołem Stróżem. W dodatku opiekuje się samą sobą, co nie jest proste. Trudno jest bowiem pozbyć się ziemskiego sposobu odczuwania, trudno patrzeć z góry na siebie samą - na wszystkie swoje nieszczęścia, porażki, błędne decyzje. A najtrudniej jest pokochać samą siebie...
W dodatku wiesz, co się wydarzy, jakie konsekwencje będą mieć podejmowane decyzje. Wiesz, że znów spotkasz ludzi, których kochałaś, za którymi tęskniłaś, których nienawidzisz. Przeżywasz swoje życie jeszcze raz, z zewnątrz - ale czy możesz na to jakoś wpłynąć? Zmienić bieg swojej własnej historii?
Pierwsze kilkanaście stron nieco mnie zirytowało. Ciekawa idea, lecz mętnie opisana. I to irytujące wymyślanie na bieżąco wyjaśnień dla różnych zjawisk, jakby niedorobione, niedopracowane. Pewnym rzeczom brakowało motywacji. I czytałam, czytałam, czytałam... Po stu stronach musiałam przerwać. I poczułam ukłucie żalu, że muszę - a uwierzcie mi, to u mnie bardzo, bardzo rzadkie. A dziś, kiedy tylko mogłam, wróciłam do niej - i dwie godziny później książka mi się skończyła. Choć czułam, że fabuła zbliża się do końca, skończyła się nagle. I boleśnie...
Słowo daję, parę razy popłakałam się nad tą książką. Generalnie trudno się rozklejam, zwykle trwam niewzruszenie jak kamień - a ta powieść poruszyła mnie niesamowicie i utkwiła we mnie chyba na zawsze. Czytając tę powieść, wchodzisz do jej środka, uczestniczysz w jej bujnej, niesamowitej akcji, zaczynasz Czuć. Czujesz każdą emocję, która tam jest. Kochasz, nienawidzisz, cieszysz się i płaczesz razem z bohaterką. Odnajdujesz w tym wszystkim cząstkę samego siebie, jakiś kawałek duszy, o którym często się zapomina - i ten kawałek nagle przypomina ci o swoim istnieniu z całą swoją ogromną mocą. Aż czujesz, że musisz natychmiast zadzwonić do kogoś, przybiec, przytulić się, powiedzieć, że kochasz. 
Nie chcę przyczepiać się absolutnie do niczego i psuć jej analizowaniem drobiazgów. Niech ta piękna powieść pozostanie taka niesamowita i czarodziejska.

czwartek, 8 września 2011

"Białe zęby" - Zadie Smith

Tytuł: Białe zęby
Autor: Zadie Smith
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
ISBN: 978-83-240-1782-9
Moja ocena: 9/10

To, zdaje się, pierwsza w moim życiu książka, którą wzięłam do ręki z powodu entuzjastycznych recenzji. No i tytuł - intrygujący, prawda? Więc kupiłam i przeczytałam opis na okładce. Tak, w tej kolejności. I przyznam się, że ciut zwątpiłam...
Decydowanie o wszystkim za pomocą monety? Archie nieudacznik? Muzułmanie i Jamajczycy, w dodatku Jehowi? Kurza melodia, co to za książka?

Ale zacznijmy od początku. Archie, mężczyzna w średnim już wieku, ma dość. Jego moneta decyduje za niego o samobójstwie. Co, oczywiście, w jego przypadku, się nie udaje i wprawia go w euforię. Cóż, trzeba się więc napić czegoś, prawda? Tu na plan wkracza Clara - Jamajka bez górnych zębów. Kiedy do tej dwójki dorzuci się Samala Iqbala, muzułmanina i najlepszego przyjaciela ateisty Archiego, można zwariować. A to dopiero początek - poczekajmy na następne pokolenia...

Tak, ta książka jest zwariowana. Styl Zadie Smith jest żwawy, konkretny, błyskotliwy. Bohaterowie wspaniali, wyraziści, ze swoimi zaletami i wadami, trudnym charakterem i silną indywidualnością. Ta historia jest żywa, zabawna, poruszająca - ideał, prawda? Cóż, nie do końca. Chwilami odczuwałam mocne przeciążenie niektórymi wątkami oraz, nazwijmy to subtelnie, zjawiskami językowymi. Autorka chwilami zbyt mocno koncentrowała się na rozwinięciu pewnych tematów, co, zwłaszcza, że w książce rządzi dialog, bywało przyciężkie. Niektóre zaś wątki zdawały się zbyt przerysowane. Zwłaszcza - uwaga, spojler! - Chalfenowie.

Ale dla mnie to w zasadzie jedyne mankamenty. Dla mnie nie jest jednak najważniejsza stylistyka tej powieści, tylko to, co z niej wynikało. Otóż, czytałam już kiedyś kilka, może kilkanaście książek o tak zwanym "poszukiwaniu tożsamości", w których tych poszukiwań było tyle, co kot napłakał. A tutaj rzeczywiście to poczułam. Lubię książki, w których stan wewnętrzny bohaterów rejestrowany jest przede wszystkim w zachowaniu. Można czytać w ich gestach, słowach, mimice - a wtedy zaczyna się rozumieć. Zrozumiałam Clarę i jej stosunek do matki, zrozumiałam Irie, uciekającą od samej siebie, zrozumiałam Samala i jego walkę o zachowanie własnej tożsamości, zrozumiałam nawet Archiego. Trudno o zachowanie choćby elementarnego spokoju wewnętrznego, poczucia bezpieczeństwa pośród takiej mieszanki pokoleń, ras, kultur, religii, ideologii wszelakich, w tym gigantycznym emigranckim kotle, jakim był Londyn w ciągu drugiego półwiecza XX wieku.

Podziwiam Zadie Smith za to, że udało jej się uchwycić te wszystkie problemy w taki zabawny, a jednocześnie przejmujący, dojrzały i dość przekonujący sposób. Polecam!