Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 sierpnia 2012

Jacek Hugo-Bader - "Dzienniki kołymskie"


Tytuł: Dzienniki kołymskie
Autor: Jacek Hugo-Bader
Wydawnictwo: Czarne
Rok wydania: 2011
Jadę na Kołymę, żeby zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu. Najdłuższym. Można się tu kochać, śmiać, krzyczeć z radości? A jak tu się płacze, płodzi i wychowuje dzieci, zarabia, pije wódkę, umiera? O tym chcę pisać. I o tym, co tu jedzą, jak płuczą złoto, pieką chleb, modlą się, leczą, marzą, walczą, tłuką po mordach...
Gdy ląduję, w aeroporcie pod Magadanem czytam wielki napis: WITAJCIE NA KOŁYMIE - W ZŁOTYM SERCU ROSJI. 

Ktoś mógłby się zastanowić, czemu zaczynam od fragmentu wydrukowanego na okładce? Zna go każdy, kto choć miał tę książkę w ręku, słyszał jej zapowiedzi albo czytał recenzje. Nie bez powodu, bowiem słowa te najlepiej obrazują to, co Hugo-Bader zawarł w swoich reportażach z podróży po Kołymie. To opowieści o ludziach - mieszkańcach tych zimnych, nieprzystępnych regionów, małych miasteczek rozsianych w tajdze, gdzie tuż pod powierzchnią ziemi nawet w lecie czai się wieczna zmarzlina. Tamtejsi ludzie są jak ich kraina - twardzi i szorstcy. Każdy z nich nosi w sobie jakąś zwykłą-niezwykłą historię, którą autor spisuje dla czytelnika. 

Trakt Kołymski, albo inaczej Trasa, to 2025 kilometrów drogi budowanej przez tysiące zeków - więźniów stalinowskich obozów zagłady, drogi, która stała się ich grobem. Wiedzie przez dzikie, surowe wertepy od Magadanu do Jakucka. Ludzie żyjący tam naznaczeni są piekłem tamtych potwornych czasów, część z nich jeszcze je pamięta. Bo mieszkańców tam coraz mniej - młodzi uciekają na Zachód, w poszukiwaniu lepszego życia. 
Po Trakcie da się podróżować wyłącznie autostopem. To droga bardzo niebezpieczna - zwłaszcza, że nadchodzi zima. Na podwózkę można jednak liczyć - pełno jest paputczików, kierowców, którzy chętnie zabiorą ze sobą podróżnika. Niemal zawsze za darmo. A i często dadzą jeszcze coś od siebie. 
Kołyma to kraina złota - są tam ogromne złoża nie tylko tego cennego kruszcu, ale i innych. To tam odkryto największą na świecie żyłę srebra. Nie jest to łatwe zajęcie, a wielu poszukiwaczy odsyła swe rodziny na Zachód, bo tu żyć bardzo ciężko. 

Hugo-Bader spotyka w swojej podróży wiele niezwykłych postaci. Przez jego reportaże przewija się korowód błatników, a więc typów ze świata przestępczego, przedstawicieli prawa, dawnych zeków, miejscowych oligarchów, a także innych, tych, którzy "Wyspę Kołymę" wybrali na miejsce swojej samotni. 

Reportaże podzielone są na trzy części - Syndrom milczenia, Syndrom pola walki i Syndrom towarzysza podróży. Choć jeszcze na początku książki autor zarzeka się, że nie chce wracać do upiornych czasów stalinowskiego terroru - jest to niemożliwe. Opowieści wielu napotkanych ludzi nierozerwalnie wiążą się z wydarzeniami tamtych czasów. Przewija się gdzieś tam usprawiedliwienie, że historie te należy spisać, bo może być to ostatnia ku temu okazja. Wiele w tym racji. Wystarczy przyjrzeć się, z jaką siłą wracają wciąż do autora chociażby Opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa, które, po lekturze książki Hugo-Badera, stają się pozycją obowiązkową. 
Wład opowiada mi za krzaków, w które runął, idąc się wysikać. Że patrzę na Rosję ze swojego małego, kulawego, europejskiego taborecika i że jak Rosjanie potępią swoją przeszłość, to nic nie zostanie. Historia ich niełatwa. Łatwo obsikać sobie dwa palce – mówi filozoficznie Wład i znowu przewraca się w krzaki.
Jednakże nie tylko o tym opowiadają bohaterowie. Hugo-Bader sięga wgłąb rosyjskiej duszy, odnajdując tam Kołymę taką, jaką widzą jej mieszkańcy, która wyłania się często z oparów szczerości alkoholowej, ale też szczerości towarzysza podróży, obcego, którego nigdy więcej się nie spotka. Kołymę surową, brutalną, twardą jak wieczna zmarzlina, ale jednocześnie dom, jedyne możliwe dla nich miejsce w świecie. Zagłębiając się w lekturze, odnosimy wrażenie podróży w czasie - bowiem im dalej wgłąb tej nieprzystępnej krainy, tym wolniej czas tam płynie. Widać to nie tylko w zacofaniu wielu małych miasteczek, ale też w mentalności ludzi. Przede wszystkim w ich nieufności - sam Hugo-Bader wspomina kilkakrotnie, że nie ma dnia, w którym ktoś nie spytałby wprost, czy jest szpiegiem. 

Chciałabym jeszcze wiele powiedzieć o tym zbiorze reportaży-wrażeń, reportaży-gawęd. Zostawię Wam jednak przyjemność odkrywania wszystkich walorów tych tekstów - krótkich, treściwych i genialnych. 
Jak dobrze, że ktoś spisał wszystkie te historie. 

sobota, 18 lutego 2012

"Kompozytor burz" - Andrés Pascual

Tytuł: Kompozytor burz
Autor: Andrés Pascual
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2011
Ocena: 6/10

Czasy współczesne, Paryż. Wielki kompozytor ma właśnie zakończyć swą karierę, po raz pierwszy i ostatni wykonując swój utwór, dzieło, które uznał za genialne. W ostatniej chwili załamuje się i nie wychodzi na scenę. Właściciel opery zabiera go do archiwum, aby pokazać mu niezwykle cenną rzecz - list-testament samego Ludwika XIV, jego osobistą spowiedź z największych błędów, jakie kiedykolwiek mógłby popełnić. Zabytkowy dokument zabiera nas do Paryża z czasów Króla Słońce, by odkryć jedną z największych tajemnic tego świata.

Mathieu, młody, genialny muzyk, zostaje wmieszany w ogromną awanturę. Jego brat zostaje zamordowany z powodu dziwnej partytury, stanowiącej zapis czegoś zupełnie nieznanego. Szybko okazuje się, że jest to zapis najcenniejszej melodii świata - melodii duszy, pierwotnej muzyki stanowiącej głos samego Stwórcy.
Chcąc-nie chcąc Mathieu musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż aż na Madagaskar, gdzie ponoć przebywa kapłanka z plemienia Anosy, jedyna istota na świecie, która potrafi ją zaśpiewać. Odnalezienie jej nie będzie łatwe...

Czytałam tę powieść wyjątkowo długo i powoli. Jest bardzo gęsta, nasycona treścią. Z XVIII-wiecznego, brudnego Paryża, poprzez absurdalny przepych Wersalu po niezmierzone morza i egzotyczne raje - razem z tą książką podróżujemy w czasie i przestrzeni. To powieść pełna dźwięków, zapachów i kolorów, gwałtownych uczuć różnej miary. Częściowo to historia miłosna, częściowo upolityczniona osobą Ludwika XIV, częściowo pełna pirackiego, egzotycznego zacięcia.

Czy to dobra powieść?
I tak, i nie.

Wciąga niesamowicie i bardzo oddziałuje na wyobraźnię, jest napisana naprawdę pięknym, plastycznym, kolorowym językiem. A jednak co kilkadziesiąt stron odkładałam tę książkę, żeby przetrawić przeczytany fragment. To chyba z przesycenia różnorodnymi bodźcami działającymi na wszystkie zmysły. Początek nieco zbił mnie z tropu, jest po prosu banalny - ale później powieść się rozkręca i nie chce puścić. Aż do końca, który, cóż... Jest według mnie do niczego. Niestety - porażająca, egzotyczna przygoda kończy się nijak, kompletnie bez sensu. Nie wiem, czy taki był zamysł autora, ale zakończenie rozbiło mi całą historię na drzazgi, spłycając ją, banalizując i robiąc z tego liche romansidło. I czuję się diablo rozczarowana, bo generalnie historia Mathieu jest świetna, wciągająca i ciekawa. Okładka jest rewelacyjna, a tytuł obiecuje ogromnie wiele. A na końcu taki klops, no...
Jestem niepocieszona.

Ale i tak Wam tę książkę polecam, bo naprawdę pozwala zapomnieć o plusze za oknem i rozgrzać się w madagaskarskim słońcu. No i może lubicie takie tkliwe zakończenia. Ja nie przepadam, stąd moja gwałtowna reakcja. Cóż, de gustibus non disputandum est.

***
Nawet nie wiem, kiedy minął mi ostatni tydzień. Mały zjazd rodzinny, a potem rozpoczęcie nowej pracy (ha, pracuję w księgarni!) skutecznie odsunęły na dalszy plan pisanie tutaj. Do tego licencjat nieszczęsny... Cóż. Postaram się pisać przynajmniej raz w tygodniu ;-)