Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 września 2012

O tym, co się dzieje, gdy kupuje się kota w worku... ["Kocie worki" Joanny Chmielewskiej]

Tytuł: Kocie worki
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Kobra
Rok wydania: 2004

Pewnie już wielokrotnie wspominałam, że uwielbiam Chmielewską, a Wszystko czerwone to mój książkowy hit wszech czasów. Kocie worki są luźną kontynuacją wydarzeń z tamtej powieści. 

Oczywiście wszystko dzieje się w duńskim domu Alicji. Joanna przyjeżdża do niej na kilka dni, w nadziei na spokojny urlop i kradzież paru roślinek z porządnie wybujałego ogrodu przyjaciółki. Szybko okazuje się, że ze spokoju nici - do Alicji zwala się tłum niespodziewanych gości, w dodatku w nocy jakiś intruz wypija pół butelki napoleona, spuszcza wodę z ryczącego rezerwuaru i najwyraźniej próbuje przekopać się przez liczne pudła, pudełka i sterty najdziwniejszych rzeczy, by dotrzeć do poupychanych tu i ówdzie przez Alicję kocich worków, czyli kolejowych zgub pochodzących z licytacji...

Kocie worki to coś zupełnie innego od części poprzedniej. Technicznie rzecz biorąc, jest to książka  słabsza, której zabrakło pazura w części kryminalnej. Większość akcji w sumie została raczej przegadana przy stole, niewiele wydarzeń możemy obserwować w trakcie ich faktycznego zaistnienia. Chmielewska utknęła też tu i ówdzie wątek romansowy, on też jednakże rzuca się w oczy niemal jedynie podczas dyskusji wszelakich. A tych dyskusji jest ogrom. Zamiast dynamicznej fabuły mnóstwo tu rozdrabniania się nad szczegółami, które z kryminałem nijak nie współgrają. Mało tego, zauważyłam pewne nostalgiczne powracanie przez autorkę do starych schematów, jak chociażby Marcinek z Harpii, który wraca tu jako Marianek (zmienia się tylko imię).

Jakkolwiek dom Alicji zawsze był zbieraniną rzeczy najprzedziwniejszych, tym razem panuje tam rejwach i zagracenie kosmiczne. Wszystkie skrupulatne wyliczenia narratorki Joanny wprawdzie doskonale oddają to, jak to wszystko wygląda, dodajmy - bawią bardzo porządnie, jednakże autorka stworzyła tak kuriozalne składowisko, że całość traci znamiona jakiegokolwiek prawdopodobieństwa. 

Muszę jednak przyznać, że mimo tych wszystkich niedociągnięć jest to jedna z moich ulubionych książek nie tylko Chmielewskiej, ale w ogóle. Uwielbiam Alicję i jej dom, mimo tego całego przerysowania. Po Kocie worki sięgam przynajmniej raz w roku, zawsze wtedy, kiedy mam potrzebę podniesienia się na duchu i poprawienia sobie humoru. Na jesienne chandry są w sam raz. I doskonale zwalczają niechęć do robienia porządków.

sobota, 15 września 2012

"Krwawa zemsta" - Joanna Chmielewska

Tytuł: Krwawa zemsta
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Klin
Rok wydania: 2012


Różne rzeczy się o najnowszych tytułach spod pióra Chmielewskiej czytało i słyszało. Że to już nie to, że coś się zepsuło, że taśmowa produkcja, że nuda, że masakra, że szkoda zachodu. A o samej Kręci... tfu, Krwawej zemście, że już w ogóle tragicznie, że ile można w jednej książce o tym samym, że i żarty monotonne a niewybredne. Oczywiście, wszystko równolegle do głosów uwielbienia wszelakich. 

Jest sobie zgodne, dziesięcioletnie małżeństwo. Ona zaradna, zorganizowana, bardzo kochająca męża, który żyje we własnym świecie i według własnych ideałów (no bo jak można pobierać pieniądze za swą natchnioną i genialną pracę? Toż to jałmużna!), co Majka oczywiście toleruje, rozumie i w ogóle, raczej Dominikowi generalnie pobłaża. Na dokładkę dwójka dobrze wytresowanych i inteligentnych dzieci. Żyć, nie umierać, choć, doprawdy, Dominik mógłby wreszcie zacząć zarabiać, bo Majce samej nie za łatwo. Wpędza go więc w rzecz dla niego abstrakcyjną, mianowicie zarządzanie domowym budżetem. 
W międzyczasie na horyzoncie, powiedzmy - zawodowym, pojawia się istota o nader rozwiniętych mięśniach w pewnej części ciała, z których to robi nieprzerwany użytek, wyczyniając sztuki iście cyrkowe i rujnując jedno małżeństwo po drugim. 
I choć wydawałoby się, że Dominik łasy na tego typu wdzięki nie był i nie jest, niespodziewanie Kręcidupcia, o, przepraszam - Emilka, upatruje sobie za cel jego i jego mieszkanie. A on, cóż... Majka postanawia ogłuchnąć i oślepnąć, by przeczekać pomroczność jasną w umyśle Dominika. Tymczasem dziwne rzeczy zaczynają się dziać wokół tyłków osób postronnych...

Zdecydowanie nie jest to książka typowa dla Chmielewskiej, przede wszystkim w moim odczuciu dlatego, że osobliwie jest główny wątek uporządkowany, niezabałaganiony i w ogóle klarowny wyjątkowo. Językowo oczywiście Chmielewska wyziera z każdego kąta, jednakże w postaci jedynie podstawowej, bez fajerwerków. Poza prologiem akcja właściwego kryminału rozgrywać się zaczyna gdzieś w połowie tomiszcza, całość jest wyjątkowo dla autorki niespieszna i niezbyt w sumie zaskakująca. Stąd też pewnie te wszystkie głosy krytyczne, bowiem słysząc nazwisko autorki, czytelnik obeznany i rozkochany w jej twórczości z pewnością będzie się spodziewał czegoś zupełnie innego. 
Kryminału w sumie też w tym niewiele. Coś tam się dzieje, ale są to raczej zdarzenia dziwaczne i niezbyt szkodliwe dla otoczenia, co również typowizną nie jest, wszak zwykle trup ściele się gęsto. 

Jeżeli chodzi o mnie - najlepiej niech świadczy fakt, że nie mogłam tej książki odłożyć i, mimo wszystkich powyższych, pokwikiwałam radośnie z uciechy przez większość czasu. Ubawiłam się serdecznie, a chyba nikt nie zaprzeczy, że pisać taki kawał książki o jednym rozkręconym tyłku to nie lada wyczyn. 

piątek, 7 września 2012

Yrsa Sigurðardóttir - "Weź moją duszę"

Tytuł: Weź moją duszę
Autor: Yrsa Sigurðardóttir
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2008

Thora, prawniczka zajmująca się raczej błahymi sprawami w swojej maleńkiej kancelarii w Reykjaviku (no bo czy można nazwać poważnym spór o umiejscowienie w drzwiach wrzutni na listy?), dostaje zlecenie od dawnego klienta, Jonasa. Chce on wynegocjować od byłych właścicieli odszkodowanie za "ukrytą wadę" terenu, który kupił i na którym wybudował hotel New Age (!). 
Thora jedzie tam na weekend, by przyjrzeć się sprawie. Szybko okazuje się, że pracownicy hotelu, wyczuleni na zjawiska paranormalne, uważają, że to złe miejsce. W dodatku nocami rozlega się tam płacz dziecięcy, a we mgle pojawia się czasem postać dziewczynki. Thora w duchy nie wierzy, ale postanawia przeprowadzić małe śledztwo. 

Robi się groźnie, gdy na terenie hotelu zostają popełnione dwa brutalne morderstwa. Co dziwniejsze, obie ofiary mają wbite szpilki w podeszwy stóp... Wszystkie dowody wskazują na Jonasa, ale Thora postanawia za wszelką cenę dotrzeć do prawdy. Na wierzch wychodzą mroczne sekrety sprzed lat. I nie tylko. 

To moje podejście numer jeden do skandynawskiego kryminału w ogóle. Bardzo udane. To naprawdę nieźle skonstruowana powieść - w moim odczuciu składa się z tylu elementów, ile potrzeba dobrej historii kryminalnej. Autorka przeplata ze sobą dwa główne wątki na tyle umiejętnie, że czytelnik przepada między stronami na amen. Książka napisana jest i przetłumaczona sprawnie i zgrabnie, a nienachalne poczucie humoru dopełnia całość. 

Początkowo problematyczne było rozróżnienie niektórych postaci, przewija się tam ich mnóstwo i miewają bardzo podobne imiona. Musiałam więc na chwilę przerwać lekturę i przeanalizować sobie je dokładnie, by już później się nie gubić. Cóż, taki urok języka islandzkiego, którego swoją drogą chciałabym się kiedyś nauczyć ;-)

Wciągnęłam się niesamowicie. Choć to drugi tom serii o Thorze, zupełnie się tego nie odczuwa, powieść została skonstruowana tak, by nie przeszkadzało to w czytaniu bez kolejności. Niektórzy twierdzą, że jest to najsłabsza część tej serii - ale skoro tak, to tym bardziej chcę poznać resztę tomów. Yrsa Sigurðardóttir bardzo przypadła mi do gustu, zwłaszcza że ostatnie kryminały, które zdarzało mi się czytać, były dużo, dużo słabsze. Oczywiście, pewnie wielu sprawnym czytelnikom udałoby się rozwiązać tę zagadkę dość szybko, jednak ja zawsze staram się tego uniknąć. Zresztą, prułam przez tę książkę tak szybko, że pewnie nie zdążyłabym się nawet nad tym zastanowić. 

Fajny, ciekawy kryminał na jesienne wieczory. A ja lecę szukać innych książek pani Yrsy, która, swoją drogą, z zawodu jest... inżynierem budowlanym. Ot, samorodek ;-)

sobota, 3 marca 2012

"Pałac tajemnic" - Agnieszka Pietrzyk

Tytuł: Pałac tajemnic
Autor: Agnieszka Pietrzyk
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10
 
Każdy pałac kryje jakąś tajemnicę. Małą lub wielką, zupełnie prozaiczną albo ponurą i mroczną, taką, której może czasami lepiej nie poznać. Jednak kiedy chodzi o podwójne morderstwo i zaginięcie, sprawa natrętnie domaga się wyjaśnienia.

Do barokowego, niszczejącego pałacu w Ponarach, który przekształcono na mieszkania gminne, przyjeżdża Alicja Prus, pisarka kryminałów. Chce napisać powieść o zbrodni, którego dokonano tu kilka tygodni temu i którego dotąd nie udało się wyjaśnić. Wprowadza się do feralnego mieszkania numer siedem, w którym zamordowano rosyjskie małżeństwo Reznikowów, i których córka, kilkunastoletnia Sonia zaginęła. Z rozmów, które przeprowadza z mieszkańcami pałacu, wyłania się coraz mroczniejszy i bardziej zagmatwany obraz tego, co wydarzyło się tamtego dnia. 

Lokatorzy pałacu stanowią w zasadzie cały przekrój społeczeństwa. Są tutaj alkoholicy, ofiary przemocy domowej, drobny gangster z ciężarną dziewczyną, przeciętny niezdara i jego głucha żona, profesor i znana skrzypaczka, jest też tajemniczy samotny mężczyzna i stara Żydówka. Każdy z nich jest inny, zna inne szczegóły i ma odmienne podejrzenia. Alicji pozostaje jedynie dotrzeć do najważniejszego - kto zabił? I gdzie podziała się Sonia?

Autorka miała bardzo dobry pomysł na klasyczny kryminał. Chyba większość z nas pociągają historie, w których kryją się mroczne tajemnice, a takie pałace mają w sobie jakąś moc przyciągania. Powiem więcej - książka ta nadaje się według mnie do przetworzenia na filmowy scenariusz. Mam nawet wizję, jak mogłoby to wyglądać. Mógłby powstać naprawdę interesujący obraz. 

Dlaczego więc moja ocena wygląda właśnie tak? Cóż... Długo zastanawiałam się, jak ocenić tę książkę. Chociaż pomysł według mnie jest naprawdę, naprawdę dobry, zawiodła nieco jego realizacja. Mam poczucie, że powieść ta jest nierówna stylistycznie. Fragmenty relacji mieszkańców pałacu są w większości udane. Autorka starała się indywidualizować język bohaterów zgodnie z ich pozycją społeczną. Wypowiedzi te są żywe, potoczyste, dynamiczne. Dzięki temu historia nabrała znamion realizmu. Jednakże mocno zgrzytały mi pozostałe fragmenty. Wydały mi się toporne, pisane suchymi, krótkimi zdaniami. Brakowało mi tam przymiotników i przecinków. Czytałam jednak wcześniej inne recenzje tej książki i spotkałam się z bardzo pozytywnymi opiniami o języku tej powieści. Może więc to po prostu kwestia gustu? Mnie to jednak dość przeszkadzało i utrudniało skupieniu się na narastającym napięciu. 

Dobrze wyszło pani Pietrzyk równoważenie głównej akcji wątkiem pobocznym - jest wpleciony znakomicie, nie przesycony ani zbyt skromny. Dzięki niemu Alicja staje się postacią z osobowością, z jakąś historią, w toku jej śledztwa bowiem jest ona zupełnie przezroczysta.

To niezbyt długa książka, w sam raz na wolny wieczór, by oderwać się od nijakiej rzeczywistości i zanurzyć w zieloności i jeziora Mazur. I muszę przyznać, zostając sama w domu po jej lekturze czułam się nieco nieswojo... ;-)

Za książkę dziękuję Replice.

poniedziałek, 6 lutego 2012

"Sprawiedliwość owiec" - Leonie Swann

Tytuł: Sprawiedliwość owiec
Autor: Leonie Swann
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2006
Ocena: 9/10

Wydawałoby się, że owce nie grzeszą inteligencją. Że są głupie, tchórzliwe, że sensem ich życia jest wyłącznie pasionek, na którym spędzają lwią część swego czasu. A jednak nie taka owca jest, jak ją malują - owca może więcej. Owca umie myśleć, analizować, wyciągać wnioski. Owca umie marzyć, owca umie planować. Co więcej, owca może być także doskonałym detektywem i filozofem, choć... na swój, owczy, sposób. 

Bo George był świetnym pasterzem, może nawet najlepszym w całej Irlandii. Przynosił buraki, dzielił się chlebem, czytał swoim owieczkom książki o pięknych Pamelach, a także tłumaczył wiele trudnych rzeczy. Snuł z nimi marzenia o wycieczce do kontynentalnej Europy, chciał zabrać stadko ze sobą. Nie dziwota, że kiedy któregoś dnia znaleziono George'a przebitego szpadlem, owce poczuły się zagubione i osamotnione. Nagle okazało się, że świat jest wielki, groźny i niebezpieczny, i że stado musi mieć swojego pasterza. Panna Maple, najmądrzejsza owca w całym Glennkill, podejmuje się rozwiązać tę palącą zagadkę. A że owca zwierzęciem stadnym jest, do śledztwa włączają się Otello, Biały Wieloryb i jeszcze jeden tajemniczy baran. 

Już od pierwszych stron wiedziałam, że to niezwyczajna książka. Nie co dzień bowiem czyta się "owczy kryminał", prawda? A do tego kryminał filozoficzny, ba! przepełniony filozofią praktyczną o piorunującej sile rażenia. Mieszanka niekoniecznie wybuchowa, ale zdecydowanie mogąca przyprawić o zawrót głowy. Chociaż pisarka skorzystała z dobrze znanego już motywu zwierząt w rolach głównych, zupełnie nie podoba mi się stawianie tej powieści w pobliżu Folwarku zwierzęcego, co ma miejsce choćby na tylnej okładce. Owszem, skojarzenia budzi całkiem słusznie, lecz przynależy do zupełnie innego rejestru i nie można tych książek ze sobą porównywać. 

Główną siłą tej powieści jest punkt widzenia. Owczy, oczywiście. Oglądamy rzeczywistość z punktu widzenia owcy, co, przyznaję, jest fascynującym doświadczeniem. Z tego też wynika filozoficzne zacięcie całości. Jakie bowiem przemyślenia o życiu, śmierci czy duszy może mieć owca? 
Co najmniej niestandardowe. 

Kiedy się umiera, dusza opuszcza ciało; opuszcza je dlatego, że po śmierci ciało brzydko pachnie, a ona ma wrażliwy nos.

Dosyć gęsta ta historia, miejscami mocno zagmatwana. Ale pisana jest w sposób przezroczysty, jak to sobie nazywam - język nie narzuca się czytelnikowi, jest tylko narzędziem nadającym obraz wydarzeń do umysłu. Bardzo lubię czytać książki w ten sposób napisane, zwłaszcza kryminały. To świetna powieść, błyskotliwa, przezabawna (choć w istocie historia George'a jest dosyć ponura) i zaskakująca, w sam raz na te mroźne wieczory, które nam ostatnio towarzyszą. 

A ja idę czytać drugą część, Triumf owiec ;-)

wtorek, 10 stycznia 2012

"Opętani" - Witold Gombrowicz

Tytuł: Opętani 
Autor:Witold Gombrowicz
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2011
Ocena: 9/10
 
Tak, styczeń to zdecydowanie miesiąc Gombrowicza. Co prawda zawdzięczam to programowi zajęć z historii literatury, ale - przyznaję się - dałam się wciągnąć
Z czym Wam się kojarzy Gombrowicz? Może z mocno spłycaną i często niedocenianą Ferdydurke, z tym, że Słowacki zachwyca, no bo jak nie zachwyca, z natłokiem łydek, gąb i różnych takich. Ktoś inny może czytał Trans-Atlantyk - dzieło dla mnie osobiście ciężkie do przebrnięcia, z językiem przestylizowanym na sarmacko, homoerotycznymi fascynacjami i bałaganem polskiej emigracji w Argentynie. Albo jeszcze inna odsłona, błyskotliwy, intelektualny Dziennik, który mnie zajmuje niezwykle, a innych zaś odpycha. Tak czy siak - Gombrowicz przyzwyczaił nas do tego, że jest trudnym pisarzem i skomplikowaną osobowością. Sądzę, że większość braci czytelniczej raczej za nim nie przepada. Cóż, wystarczy spojrzeć, jak niewielki odzew wywołał mój wpis o Dzienniku... ;-)
No tak. A czytaliście Opętanych? Prawdopodobnie nie. Cóż, trudno się dziwić - sam Gombrowicz wielce wstydził się tego dzieła, nazywał je powieścią dla kucharek. Drukował je w 1939 roku na łamach kilku brukowców jako Z. Niewieski. Przyznał się do tej książki dopiero tuż przed śmiercią. 
Dlaczego?
Powieść w zamierzeniu miała należeć do dolnych rejestrów literatury, zawierać w sobie wszystkie te elementy, które kochali przeciętni pożeracze słowa pisanego. Miała być powieścią gotycką, kryminałem i romansem jednocześnie. Gombrowicz pisał zakładając, że ma być to powieść napisana "oddolnie", w sposób "niski", tak, by nie zaznaczał się w tekście ślad autora, który bądź co bądź zaliczany jest do największych intelektualistów polskich XX wieku. Czy to się udało? Cóż, według mnie nie do końca. 
Ale po kolei. 

Młody tenisista, Marian Walczak vel Leszczuk, zostaje zgodzony jako trener dla panny Mai Ochołowskiej, dziewczęcia uzdolnionego w tym sporcie, pięknego i z bardzo żywiołowym charakterem. Tuż obok Połyki, majątku Ochołowskich, znajduje się Mysłocz - stare, zbankrutowane zamczysko książąt Holszańskich, w którym dogorywa właśnie ostatni z rodu. Jak to w powieściach tego typu bywa, między młodymi od razu pojawia się chemia, która bynajmniej nie prowadzi do typowego romansu. W międzyczasie pojawiają się podejrzenia, że zamek kryje niewyobrażalne bogactwa, a narzeczony Mai, sekretarz księcia, manipuluje swoim powoli popadającym w obłęd pracodawcą tak, by ten uczynił go spadkobiercą. Do tego okazuje się, że na zamku straszy...

Słuchajcie, ta powieść jest fantastyczna. Kiedy zacznie się ją czytać, nie odłoży się jej przed ostatnią kartką. Ma wszystko, czego potrzebuje książka, by uwieść czytelnika. Jest intryga, są uczucia, są mocno zarysowani bohaterowie, akcja pędzi przed siebie, a jest zwroty często zaskakują. 

Mimo założeń do Opętanych przeniknęły pierwiastki światopoglądu Gombrowicza. Światek arystokratyczny jest tu przedstawiony karykaturalnie, rządzi młodość, a pierwiastkiem doskonałym jest właśnie ta ceniona przez autora niższość, oddolność. W końcu nie bez powodu jeden z kulminacyjnych momentów w powieści wydarza się na balu dla kelnerów...
Ale nic więcej Wam nie powiem.

wtorek, 29 listopada 2011

"Potsdamer Platz" - Buddy Giovinazzo

Tytuł: Potsdamer Platz
Autor: Buddy Giovinazzo
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10
 
O mafii krążą różne historie. W naszej wyobraźni żyją najrozmaitsze legendy i opowieści - o niewyobrażalnych bogactwach mafijnych rodzin, ich mackach sięgających daleko w głąb świata, który na pozór wydaje się czymś nam dobrze znanym i bezpiecznym, wreszcie - o ich bezwzględności i potwornym okrucieństwie. Kultura karmi się tymi obrazami intensywnie, przetwarzając je na legiony filmów o gangsterach, przyznajmy - nierzadko wątpliwej jakości. Wydaje mi się, że tematyka ta o wiele rzadziej pojawia się w literaturze, przynajmniej w ujęciu od wewnątrz (co nie oznacza, że w ogóle takich książek nie ma).

Książka Buddy'ego Giovinazzo to jedna z tych powieści o mafii "od kuchni". Tony jest jednym z najbardziej zaufanych członków Franchise. Jest młody, bezwzględny i skuteczny. Zostaje więc oddelegowany razem z ze swoim niezrównoważonym kumplem, Hardym, do Berlina, by usprawnić i zabezpieczyć działania przyjaciół z Europy. Jednakże już przy pierwszym zadaniu coś idzie nie tak. Młoda, śliczna dziewczyna, której nie powinno tam być, prześladuje myśli Tony'ego, który... zaczyna łamać zasady.
 
Mam paskudne dreszcze, gdy przypominam sobie tę książkę. 
Nie jest to lektura łatwa w odbiorze. Po pierwsze, utrudnia ją sposób prowadzenia narracji. W akcję dziejącą się w teraźniejszości ni stąd, ni zowąd wplatają się migawki z przeszłości głównego bohatera. Pojawiają się niespodziewanie, płynnie połączona z właściwym wątkiem. Chwilami trudno się nawet zorientować, w jakim właściwie czasie aktualnie się znajdujemy. 
Druga rzecz to samo sedno powieści. Giovinazzo serwuje czytelnikowi okrutne praktyki mafii w całej swojej okazałości. Opisuje je w naturalistyczny, mrożący krew w żyłach sposób. To sprawia, że jest to książka wyłącznie dla ludzi o mocnych nerwach. 

Chciałabym jeszcze dodać dwa słowa o psychologizacji postaci Tony'ego. Autor zafundował mu przemianę wewnętrzną, która pchnęła go wielokrotnie do działań niekoniecznie w jego sytuacji rozsądnych, na czym zasadza się cała fabuła powieści. W niespodziewanych retrospekcjach wychodzą na światło dzienne najbardziej tragiczne fakty z przeszłości bohatera, które warunkują właściwie każdy jego ruch. Tony wydaje się skazany na klęskę. 

To specyficzna książka, nie dla każdego. Nie jest to też lektura, przy której można się zrelaksować i odpocząć. Przeciwnie - ja poczułam coś na kształt ulgi, kiedy przewróciłam ostatnią stronę. Jeśli jednak jest to tematyka, która was fascynuje, to śmiało - na pewno się nie rozczarujecie, bo to dobra książka, napisana sprawnie i ciekawie. 

Za Potsdamer Platz dziękuję wydawnictwu Replika.

czwartek, 27 października 2011

"Natalii 5" - Olga Rudnicka

Tytuł: Natalii 5
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
ISBN:  978-83-7648-682-6
Ocena: 10/10 
Po przeczytaniu pierwszej recenzji tej książki już wiedziałam, że muszę, po prostu muszę, choćby nie wiem co, dorwać się do niej i przeczytać. Szczęśliwie podczas akcji wymiankowej Czytelniska na nią trafiłam - leżała i czekała tam na mnie ;-) Co mnie skusiło? Sama do końca nie wiem. Na pewno przewijające się gdzieniegdzie porównania z Chmielewską miały znaczenie. Ale poza tym...? Cóż. Magnetyzm jakiś.  
Ale po kolei.
Jarosław Sucharski, pośrednik w handlu dziełami sztuki, dowiaduje się, że ma guza mózgu. Porządkuje więc swoje sprawy - spienięża majątek, pisze testament, zostawia odpowiednie instrukcje oraz depozyty u notariusza i... pieczołowicie przygotowuje swoje samobójstwo, zgłaszając je nawet na policję. Kiedy mundurowi docierają na miejsce, rzeczywiście znajdują denata. Wszystko wskazuje na to, że rzeczywiście zabił się sam, ale... Coś tu nie do końca pasuje. 
Ale to nie jest największy problem. Oto bowiem notariusz zobowiązany jest wezwać do siebie spadkobierców pana Sucharskiego, a w zasadzie spadkobierczynie... 
Jest ich pięć. Zupełnie innych. Z różnych miast, w różnym wieku, z różnymi pozycjami społecznymi... Łączy je właściwie jedynie fakt, że wszystkie nazywają się tak samo. A, i ojciec, oczywiście. 

Właściwie połknęłam tę powieść. Choć ma ponad 550 stron, zajęła mi jedno przedpołudnie. I jestem zachwycona! Przede wszystkim - rewelacyjny pomysł na powieść. Olga Rudnicka wymyśliła niebanalną, oryginalną historię, intrygę na poziomie mojej ukochanej Chmielewskiej. Samo prowadzenie akcji jednak było zupełnie, zupełnie inne, co, ma się rozumieć, wyszło autorce tylko na dobre. Choć akcja toczy się naprawdę szybko (o co się nieco obawiałam, zważywszy na objętość książki), nie ma tego charakterystycznego dla pierwszej damy polskiego kryminału bałaganu. Owszem, dzieje się dużo, gęsto, szybko i po wariacku - ale wszystko jest jasne, czytelne i klarowne. U Chmielewskiej często trzeba czytać jakiś fragment kilka razy, by załapać, o co w tym wszystkim biega.
Każda Natalia ma swój charakterek, co sprawia, że powieść jest barwna, dynamiczna i przezabawna. Chociaż spotkałam się z różnymi zarzutami, przykładowo dotyczącymi chociażby, ujmijmy to dyplomatycznie, schematyczności dialogów, mam ochotę machnąć na nie ręką. Dla mnie ta książka to perełka, wspaniały antydepresant - nie tylko na mokre, jesienne dni. Uchachałam się niesamowicie!

czwartek, 6 października 2011

"Wszystko czerwone" - Joanna Chmielewska

Tytuł: Wszystko czerwone
Autor: Joanna Chmielewska
Wydawnictwo: Kobra
Rok wydania: 2001
ISBN:  ISBN 83-88791-01-X
Moja ocena: 10/10
Joanna odwiedza swoją przyjaciółkę Alicję w duńskim Allerød. Prawdopodobnie liczy na spokojny urlop w tym, co tu dużo mówić, flegmatycznym kraju. Niestety, jeżeli tylko gdzieś pojawia się Joanna, tam zaraz będą również kłopoty... Dom Alicji bowiem jest ciągle pełen różnorakich gości, tych zapowiedzianych i nie. Do tego dochodzi roztrzepanie i bałaganiarstwo jego właścicielki. W końcu, kiedy cały ten koszmarny bałagan z czerwoną lampą w tle osiąga apogeum - wydarza się morderstwo. A to dopiero początek.
Okazuje się, że morderca poluje na Alicję. Ciągle jednak coś mu nie wychodzi, zamiast w nią, trafia wciąż na niewinnych gości. Z pomocą przybywa przesympatyczny pan Muldgaard, miejscowy policjant, uosobienie duńskich cech narodowych - cierpliwości i spokoju, władający zdumiewającą i niekonwencjonalną polszczyzną...

Stop, stooop, bo opowiem za moment całą książkę! 
Cóż, nie da się ukryć, że jest to jedna z moich ukochanych książek, przeczytana, obśmiana i pobazgrana po wielokroć. Od lat regularnie się w niej zaczytuję, kiedy tylko potrzeba mi odrobiny humoru. W sytuacjach kryzysowych pani Chmielewska jest niezawodna.A Wszystko czerwone jest przefantastyczne.

Ta powieść to kwintesencja twórczości mojej ulubionej autorki. Dobrze znane, charaktetrne i nieobliczalne postaci, tak bardzo specyficzny i uwielbiany przeze mnie język (swoją drogą, piszę właśnie z niego licencjat), szalone pomysły na intryg, jeszcze bardziej wariackie pomysły na ich rozwikłanie... Uczta. A wisienką na torcie jest zdecydowanie mój ulubiony policjant, pan Muldgaard, którego, jakby to nazwać... niebanalne sformułowania, na stałe wrosły w mój własny idiolekt. 
Chmielewska jest mistrzynią w dokumentowaniu mowy potocznej wraz ze wszystkimi jej niuansami, indywidualnościami i ciekawostkami. Należy się jej również tytuł genialnej portrecistki - postaci z jej książek po prostu się nie zapomina, bo nawet długo po przeczytaniu książki siedzą ciągle w wyobraźni czytelnika.

Jeżeli jeszcze ktoś z Was tego nie czytał, biegiem do biblioteki! Fragmencik na zachętę?
Pan Muldgaard sprawiał wrażenie człowieka, który cierpliwie zniesie wszystko.
- Dlaczego same nogi? - spytał. - A reszta kadłuba nie?
- Nie - odpowiedział pośpiesznie Paweł. - Na nogach była lampa, a reszta kadłuba była w ciemno.

wtorek, 4 października 2011

Trochę o serii "Kot, który..."

Dziś będzie trochę inaczej. 
Jakiś czas temu natknęłam się na serię kryminałków autorstwa L. J. Braun, dodawaną niegdyś do Gazety Wyborczej. Jak dotąd przeczytałam trzy tomy i myślę, że czas powiedzieć coś na ich temat. 

Oto niezbyt już młody dziennikarz, Qwilleran, mężczyzna po przejściach, podejmuje pracę w lokalnej gazecie jako pan od sztuki. Dodajmy - zna się na tym jak kura na pieprzu, nadaje się więc idealnie. Wcześniej zajmował się dziennikarstwem śledczym, zderzenie ze światem pełnym artystów jest więc przeżyciem dosyć znaczącym. 

(Bzzzzzzzt bzzzyyyyt - przewijamy spory kawał fabuły)

Na drodze starego Qwilla pojawia się kot. Nie zwykły oczywiście. Kot - fenomen, który umie czytać i ma różne inne, chciałoby się rzec - nadprzyrodzone zdolności. Razem z dziennikarzem rozwiązuje kolejne zagadki. Qwilleran zaś zajmuje się w "Daily Fluxion" coraz to inną tematyką. 

Tyle faktów, czas na wrażenia. 
Cóż, na nudne wykłady w sam raz. Zdecydowanie naciągane jest hasło na okładce każdego tomiku, że to największy hit od czasów Agathy Christie. Z całym szacunkiem, ale koło pani Christie to nawet nie leżało. Nie zrozumcie mnie źle - dobre czytadło, w sam raz, by wsadzić w torebkę i mieć co czytać. 
Wąsy Qwillerana są naprawdę urocze. Opisy kocich poczynań to niezła gratka dla miłośników - a kiedy samemu ma się kota, można świetnie się ubawić porównując zachowania zwierzaków książkowych i własnych. 
Ale jak na kryminał - przykro mi, słabizna. Ani napięcia, ani zagadki. Zupełnie, zupełnie nie czuć, że czyta się kryminał. Ot, powieścidełko. 
Nie ukrywam, że będę czytać kolejne tomy - uwielbiam koty, a te książeczki są całkiem sympatyczne. Ale, by tak obiektywnie ocenić, musiałabym chyba dać tak z 5 punktów na 10. Ale to obiektywnie, subiektywnie rzecz biorąc - koty są fajne! :) Ciekawa tylko jestem, czy reszta tomów da się czytać. Obawiam się, że będą coraz słabsze...
Ale do tego wrócimy jeszcze kiedyś.